2020

W roku bliźniaczym, jak go nazywali profeci, przetłumaczyłam dużo, ale najbardziej zapadły mi w pamięć dwie grube powieści. Pierwsza z nich, przełożona z rosyjskiego, swoją barokową narracją miejscami stanowiła dla mnie prawdziwe wyzwanie. Ucztą melomana były wyrazy dźwiękonaśladowcze – w całej powieści, od prologu po sam koniec akcji – pada deszcz i autor daje nam to słyszeć. Człowiek aż się dziwi, że deszcz może być słyszalny na tyle różnych sposobów: od szmeru i szelestu kropel w liściach, przez ich wściekłe bębnienie o wszelkie metalowe i gumowe przedmioty, po chlupotanie, mlaskanie i kląskanie błota pod nogami czy kopytami. No i jeszcze plusk wody w rzece, ryk najróżniejszych silników, brzęczenie generatorów plus mnóstwo najróżniejszych szczęknięć, zgrzytnięć, szczekotów i grzechotów wydawanych przez broń palną. Gimnastyka była przednia, momentami męcząca, a na końcu zrobiło się żal, że to już, że przestało padać, że się chwilowo uspokoiło…

(„Chwilowo”, ponieważ na rynku rosyjskim są trzy kolejne tomy tej powieści, na pewno równie dźwięczne jak pierwszy. Sądząc z opisów, akcja kontynuacji jest równie wartka jak na początku cyklu).

Na końcu roku przełożyłam z angielskiego jeszcze obszerniejszą powieść pełną wszelkiego rodzaju metafor i porównań, dźwięczącą aliteracjami. Cudowna rzecz, znowu gimnastyka, choć zupełnie innego rodzaju.

Pierwsza ze wspomnianych powieści, Droga stali i nadziei Dmitrija Manasypowa, ukaże się już wkrótce. Druga nie ma jeszcze zapowiedzi wydawniczych, jest w fazie korekty autorskiej. Nie mogę się doczekać obydwu.