Ach, ci kochani fałszywi przyjaciele!

Dopiero niedawno przeczytałam słynny artykuł śp. Tomasza Beksińskiego Patetyczny bękart. Tekst najeżony specyficzną goryczą, czepialski w tonie, ale po 20 latach wciąż smutnie aktualny. Znakomity tłumacz w typowy dla siebie sposób ubolewa nad kolegami po fachu tak chętnie sięgającymi po fałszywych przyjaciół.

Ponieważ ostatnio dużo tłumaczyłam z rosyjskiego, pomyślałam z nie mniejszą goryczą: a gdyby tak tłumacz literatury rosyjskiej poszedł tym torem i zaprzyjaźnił się z każdym fałszywie usłużnym rosyjskim słówkiem? Wówczas rumieniec występowałby bohaterkom na szczęki (nie na policzki), a bohaterowie obrywaliby pięścią w czeluść (nie w szczękę). Torebkę nosiłoby się na plecach (nie na ramieniu), bohater biłby się kułakiem w gródź (a nie pięścią w pierś), woda w rzece sięgałaby mu do ikry (nie do łydek).

Człowiek wchodziłby do pokoju, stąpając po kawiorze (zamiast po dywanie), rozsiadałby się na dywanie (zamiast na kanapie) albo na krześle (zamiast na fotelu), kiedy chciałby usiąść przy stole czy biurku, przysuwałby sobie stół (zamiast krzesła), kładłby się spać na krawacie (zamiast na łóżku), a nad jego głową u sufitu wisiałoby lustro (nie żyrandol).

Pogubiliście się już? A to zaledwie czubeczek góry lodowej, jaką tworzą rosyjskie słowa codziennego użytku na ucho tak bardzo podobne do polskich, a jednak mające zupełnie inne pole semantyczne. Jakby złośliwie poprzesuwane tu i tam, bez żadnego klucza, który by to pozwalał rozszyfrować.

No i jak? Wyobrażacie sobie tekst tak radośnie „przetłumaczony”? Dlaczego tłumacz znający rosyjski musi się więcej narobić, postarać czy nawet naużerać niż ten znający angielski? Tu jest już klucz – magiczne określenie „znający”. Żeby tłumaczyć literaturę, ścieżkę dialogową filmu, instrukcję wiązania koku* itp., trzeba naprawdę dany język znać (i źródłowy, i docelowy, czyli w sumie dwa języki), włącznie z jego idiomami, wyrażeniami slangowymi itd. Ktoś, kto zaledwie liznął języka w szkółce czy na ulicy, powinien wzorem Sokratesa powiedzieć sobie skromnie: „Wiem, że nic nie wiem” i potraktować swój zalążek wiedzy językowej jako podstawę do dalszej nauki. Przecież są słowniki, o wiele lepsze i szerzej dostępne niż 20 lat temu, do tego różnojęzyczne serwisy, w których tłumacze dzielą się swoją wiedzą. Problem jednak tkwi nie w dostępności czy jej braku, tylko w starej wieszczej mądrości: „Żeby im się chciało chcieć”. Prościej jest przecież skorzystać z przyjaciela, choćby i fałszywego.

* Moja znajoma ostatnio zrobiła zakupy w sklepie pewnej sieci drogeryjnej i otrzymała w gratisie urządzonko do robienia koku. Z zapałem wzięła się do czytania instrukcji i… zwątpiła. „To mam toto założyć na szyję?”. „Przeczytaj wersję angielską” – podpowiedziałam, nie zaglądając nawet do tekstu. „Aaa… położyć na karku!” – wyraźnie jej ulżyło.

Pozdrawiam tłumaczy instrukcji i ulotek – Was też dotyczy powyższy tekst. Nie chciałybyśmy wszak rosyjskiego różu nakładać sobie na szczęki.