Ach, te szkaradne rusycyzmy!

Zacznę od dwóch cytatów zaczerpniętych z Poradni Językowej PWN.

Póki co to ponoć jeden ze szkaradniejszych rusycyzmów, lecz jest on często używany w książkach i prasie. Czy to znaczy, że póki co zostało dopuszczone do powszechnego użycia? Ja sam nigdy go nie używam – po prostu wydaje mi się ono bardzo sztuczne, w dodatku potrafię znaleźć dla niego zamienniki – a już całkowicie drażni mnie rozpoczynanie zdań tym zwrotem: »Póki co premier nie ogłosił swojej decyzji» itp. Jak to więc jest z póki co?”

(zapytanie opublikowane z datą 17.09.2007)

„Jak to jest z wyrażeniem rzecz w tym? Całe życie było ono piętnowane jako rusycyzm i trąbiło się naokoło, że jest niepoprawne, a ja tymczasem ze zdziwieniem odnalazłem je w moim ulubionym słowniku, czyli Innym słowniku języka polskiego”.

(zapytanie opublikowane z datą 27.12.2004)

Odpowiedź: „Miło mi, że Inny słownik języka polskiego zalicza Pan do swoich ulubionych. Jest on inny m.in. dlatego, że w większym stopniu bierze pod uwagę zwyczaj językowy wykształconych Polaków, a nie tylko tradycyjne rozstrzygnięcia językowe. Rzecz w tym to wyrażenie używane powszechnie, i to nie przez byle kogo, lecz przez wielu znanych i cenionych autorów (w Korpusie Języka Polskiego PWN mamy przykłady m.in. z Andrzejewskiego, Broszkiewicza, Kosidowskiego, Makuszyńskiego, Parandowskiego, a także starsze: Orzeszkowej, Prusa, Irzykowskiego, Uniłowskiego). Nie sposób byłoby w dokładnym słowniku takiego wyrażenia pominąć”.

Mirosław Bańko

Wybrałam te dwa cytaty, ponieważ dobrze reprezentują trendy dominujące w zapytaniach o rusycyzmy: 1. Postrzeganie ich jako niepoprawne, niepotrzebne, szkaradne, w czym mocno rysuje się emocjonalne, negatywne wartościowanie zapożyczeń z języka rosyjskiego. 2. Paranoiczne wręcz doszukiwanie się rusycyzmów w zupełnie niewinnych polskich wyrażeniach na zasadzie „lepiej na zimne dmuchać”. 3. Przekonanie, że aby zapożyczenia obcojęzyczne (i szerzej: wszelkie inne nowinki językowe) mogły pełnoprawnie funkcjonować w polszczyźnie, musi je zatwierdzić/dopuścić do użytku jakaś wyższa instancja.

Językoznawcy odpowiadający na zapytania siłą rzeczy odnoszą się do konkretnych poruszanych w nich kwestii, nie do ogólnych trendów, w które wpisują się owe zapytania. A mnie właśnie te trendy interesują i – nie ukrywam – drażnią. Ad rem.

1. Dlaczego akurat rusycyzmy są szkaradne, a germanizmy czy anglicyzmy nie? Nieraz już wspominałam o tym, że nasz język ostatnio chłonie anglicyzmy jak gąbka wodę i choć niektóre z nich są nie tyle niepotrzebne, ile wręcz gwałcą naszą gramatykę, nikt się o to nie oburza. Co więcej, zadomawiają się i całkiem im u nas dobrze, nie tylko w mowie potocznej. O przykładach już się rozpisywałam (tu i tu), teraz dorzucę dwa ewidentne zapożyczenia składniowe: „planuję iść/zrobić/załatwić” oraz „potrzebuję iść/zrobić/załatwić”. Tę pierwszą konstrukcję SPP kwalifikuje jako niepoprawną, ponieważ po czasowniku „planować” powinno w charakterze dopełnienia wystąpić imię, czyli rzeczownik, zaimek itp., a nie bezokolicznik. Bezokolicznik występuje w tym miejscu w angielszczyźnie: I plan to go/to do/to make. Ta konstrukcja w ciągu ostatnich około trzydziestu lat przesączyła się do polszczyzny za pośrednictwem kiepskawo zredagowanych przekładów i jest już mocno zadomowiona. Można ją spotkać m.in. w prozie Remigiusza Mroza – rodzimej, świetnie napisanej i zredagowanej, zatem… cóż, chyba wypadałoby posprzątać w SPP.

Druga wspomniana konstrukcja, „potrzebować + bezokolicznik”, w SPP jest opatrzona dwoma zastrzeżeniami, którymi dzisiejsza polszczyzna pisana coraz mniej się przejmuje. Moim zdaniem jest to wpływ angielskiego I need to do/to make/to go, ale ta konstrukcja była obecna w polszczyźnie już ponad 100 lat temu, tyle że – jako ewidentnie niepoprawna – miała charakter prześmiewczy: „Ja miesiąc temu wiedziałem, że on się potrzebuje spalić”, „My teraz potrzebujemy być porządni ludzie” (Ziemia obiecana, I tom, 1897; Moryc w ogóle tak mówi, w całej powieści).

Od germanizmów w naszym języku się roi: tych średniowiecznych, jak „dach” czy „grób”, po nowsze zdobycze techniki, jak „laubzega” czy „kamerton”. A przecież można by się oburzać: po co nam te niemieckie wymysły, skoro mamy swojską strzechę, mogiłę, wyrzynarkę, przyrząd do strojenia instrumentów. Z jakiegoś powodu się jednak przyjęły – były potrzebne, modne, dookreślały coś nowego, co przybyło z Zachodu.

Nie wspomnę już o zapożyczeniach z francuskiego, bo jest ich na kopy.

Więc czemu rusycyzmy są be? Zobacz punkt 2.

2. Paranoiczne doszukiwanie się rusycyzmów tam, gdzie ich nie ma, wynika właśnie ze wspomnianego wyżej emocjonalnego napiętnowania zapożyczeń idących zza wschodniej granicy. Wywodzi się oczywiście z czasów zaborów, ale trwa do dziś. Zaczęło się zapewne na Mazowszu, gdzie te zapożyczenia były możliwe, lecz z czasem paranoją zarazili się mieszkańcy innych regionów Polski. Odnotowuję to ze smutkiem, ponieważ do polszczyzny zdążyły przeniknąć z języka rosyjskiego barwne i piękne określenia – nie tylko do gwary przestępczej, jak się przyjęło uważać, lecz również do języka literackiego, o czym jeszcze napiszę.

Cóż, mogę zrozumieć dawnych mieszkańców zaboru rosyjskiego desperacko walczących z rusyfikacją, ale w dzisiejszych czasach nie widzę usprawiedliwienia dla takich politycznych, wartościujących trendów. Ale może po prostu dobrze mi się mówi, bo nas w Galicji nikt nie germanił, nikt „nam nie pluł w twarz” (że zacytuję Rotę, napisaną właśnie w Galicji, w granicach monarchii austro-węgierskiej), a cesarz Franciszek Józef łaskawie zezwalał, by w masowo budowanych za jego panowania szkołach nauka odbywała się w językach narodowych. U nas było lżej, dlatego w południowej Polsce nasiąknęliśmy germanizmami, a nawet ukrainizmami, i wcale nam to nie przeszkadza. Niemniej jesteśmy niepodległym państwem od ponad 100 lat, zatem wartościowanie emocjonalne jakichkolwiek zapożyczeń ze względu na ich pochodzenie powinno przejść do historii.

Co więcej, odnoszę wrażenie, że osoby przypinające jakiemuś wyrażeniu łatkę rusycyzmu nawet za dobrze nie znają języka rosyjskiego. Nie naucza się go przymusowo w szkołach od bodaj 30 lat, dlatego węszenie za rusycyzmami odbywa się na drodze nie zawsze właściwej intuicji. Spójrzmy choćby na dwa wyrażenia zacytowane na samym początku.

„Póki co” – nie spotkałam się z czymś takim w języku rosyjskim. Owszem, jest пока [poka], ale nikt do tego nie doczepia zaimka что [szto], czyli „co”. Podobieństwo fonetyczne wynika z tego, że nasze języki są ze sobą bardzo blisko spokrewnione. I dlatego tak trudno jednoznacznie stwierdzić, co jest zapożyczeniem, a co podobieństwem wlokącym się z pradawnych czasów.

„Rzecz w tym”zacznijmy od tego, że rosyjski odpowiednik to дело в том [dieło w tom], a więc nie „rzecz”, tylko „sprawa”. W słownikach dwujęzycznych hasło дело na ogół jest definiowane tak: ‘sprawa, formalność, rzecz’. Słowo rzecz zaś tak: ‘вещество [wieszczestwo], вещ, [wieszcz] (+ parę innych i dopiero na końcu) дело’. Przykład: министерство внутренних дел [ministierstwo wnutriennych dieł] – ‘ministerstwo spraw wewnętrznych’, a nie „rzeczy wewnętrznych”.

Skoro piętnujemy „rzecz w tym”, czemu nie uznamy za niepoprawne wyrażeń synonimicznych: „sęk w tym”, „problem w tym”? Zwłaszcza że Rosjanie też mówią проблема в том [probliema w tom]. Mówią też чтото есть на делe [szto-ta jest’ na diele] – ‘coś jest na rzeczy’ oraz на самом деле [na samom diele] – ‘w rzeczy samej’. Czy to przypadkiem nie są „szkaradne rusycyzmy”? Tym bardziej że zamiast „w rzeczy samej” mamy własne, piękne „w rzeczywistości”?

Mam nadzieję, że w tych ostatnich zdaniach czuć ironię. Otóż można by przeryć całe zasoby języka polskiego i próbować się przyczepić do połowy wyrażeń i zwrotów, ale nie dojdziemy do tego, co jest zapożyczeniem, a co zwykłą zbieżnością wynikającą z podobieństwa pokrewnych języków. Bo aby określić, że coś zostało faktycznie zapożyczone, trzeba przeprowadzić porządne badania językoznawcze: przekopać datowaną literaturę w obydwu językach i dokonać analiz porównawczych, a nie tylko snuć domysły. W dodatku taka analiza właściwie niczemu konstruktywnemu by nie służyła. Dlaczego? Bo język i tak będzie żył własnym życiem. Zobacz punkt 3.

3. Wbrew temu, co sądzą niektórzy domorośli puryści językowi, o tym, czy jakieś zapożyczenie (albo nowo utworzone słowo lub związek frazeologiczny) może być używane w polszczyźnie, nie decyduje żadna wyższa instancja. Decydujemy my, użytkownicy języka polskiego: zarówno pisarz – czy to autor czytadeł, czy noblista – jak i pani sprzedająca w warzywniaku czy pan pracujący w oczyszczalni ścieków. Jeżeli coś się przyjmie, zadomowi – trafia do dobrych, aktualnych słowników (niestety, rzadziej do słownika PWN dostępnego online, o tym już pisałam). Język to żywa istota: rośnie, rozwija się, nabiera takich czy innych przyzwyczajeń, tu coś podłapie, tam coś wytworzy, czasami wyśmieje próby nieudolnych purystów, takie jak osławiony „zwis męski”. Jeśli nie będzie chłonął zapożyczeń, zmarnieje jak nienawożona roślina. Jeżeli zaś będziemy go nieustannie przycinali do formy, która wydaje się nam czysta, nieskażona, wyjdzie nam rachityczny bonsai zamiast okazałego dębu. Właśnie: „bonsai” to też zapożyczenie, paskudny japonizm; szkoda, że się nie odmienia jak karawanseraj czy Masaj.

Osobom, które panicznie boją się skażenia języka polskiego szkaradnymi zapożyczeniami ze wschodu, zrobię siurpryzę. Proszę zerknąć tutaj. A potem zapraszam na kolejne niespodzianki.