Biedny słownik

Dlaczego tak się czepiłam dostępnego online Słownika Języka Polskiego PWN? Bo jest biedny. Pod wieloma względami. Ubogi – jak na polskiego staruszka przystało, cierpiący niedostatek finansowy, pożałowania godny i budzący litość, jeśli chodzi o formy zarobkowania, jakich się podejmuje. Wszystko to i tak, podejrzewam, sprowadza się do jednego wspólnego mianownika: mało kasy, stara bida.

O tym, że liczne przestarzałe, nieużywane słowa nie zostały w nim opatrzone kwalifikatorem przest., pisałam tutaj. O tym, że wiele jest słów niewłaściwie zdefiniowanych oraz że wielu brakuje – tutaj. A o tym, co mnie najbardziej irytuje i moim zdaniem jest wyjątkowo nieeleganckie, tj. o obwieszeniu tego jarmarcznego kramu zbyt licznymi reklamami – również tutaj.

Owszem, używam wielu słowników online, które mają podczepione reklamy, ale żaden nie jest w tej dziedzinie takim rekordzistą jak PWN-owski. Reklamy są w nich nienachalne i – co bardzo ważne – nieruchome. Do słownika PWN-owskiego są poprzypinane filmiki reklamowe, które powodują, że załadowanie wybranego hasła nawet przy łączności światłowodowej trwa żenująco długo. Wejdźcie na www.wordreference.com. Gdzie są reklamy? U góry i z boku. Nie wdzierają się pomiędzy okno wyszukiwania a hasło ani pomiędzy hasło a forum dyskusyjne (którym na stronie SJP PWN jest Poradnia). Albo na translate.academic.ru. To samo – reklam mnóstwo, ale tylko u góry i z boku. Naprawdę udaje się nie zwracać na nie uwagi. Wejdźcie na dictionary.reverso.net – reklamy są wyłącznie z boku, kontent słownikowy pozostaje zwartym blokiem.

Wyszukiwarka w słowniku PWN-owskim daje wiele do życzenia. Wystarczy, że zrobimy literówkę (albo nie znamy poprawnej pisowni np. określenia „à rebours”), a zostaniemy poinformowani, że coś takiego nie istnieje. Żadnej podpowiedzi, żadnego odesłania do podobnych haseł, żadnego udogodnienia, do jakich przyzwyczajają nas sprawne wyszukiwarki internetowe oraz wyszukiwarki w innych słownikach, takich jak choćby wielojęzyczny Pons.

Uwaga: naprawdę nie mam nic do wydawnictwa, które chce zarobić na swoim dotychczasowym dorobku (fakt, że wydawnictwo ma w nazwie „państwowe”, nie oznacza, że rozda nam coś za darmochę). Mam za to wielkie COŚ do państwa polskiego, bo najwyraźniej nie stać go na wykupienie zawartości któregoś z najlepszych zdigitalizowanych słowników, usprawnienie go, oddanie w pieczę profesjonalnym leksykografom i udostępnienie nieodpłatnie, bez reklam bądź z niewielkim bagażem tychże. Leksykografom, rzecz jasna, trzeba godziwie płacić, a nie oczekiwać, że będą pełnić swą misję w imię satysfakcji zawodowej czy w ramach etatu na tej czy innej szacownej uczelni.

Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie pracują profesjonaliści udzielający się w Poradni Językowej PWN, ale wykonują kawał porządnej, potrzebnej narodowi roboty. A ich trud można obejrzeć jedynie w otoczeniu kiecek, motocykli, miejsc noclegowych czy innych krzykliwych reklam – co tam się komu wyświetla zależnie od jego klikanych upodobań. To właśnie jest pożałowania godne.

Naukowcom trzeba zapłacić, niemało też będzie kosztowało utrzymanie serwera (i jego obsługi technicznej), który zapewne będzie miał spore obłożenie, ponieważ Polacy jak mało który naród interesują się poprawnością swojego języka. Od podstawówki trąbi się nam, że to nasz największy skarb narodowy, którego nie wydarli nam zaborcy ani okupanci, a tymczasem kiedy przychodzi co do czego, akurat państwa polskiego nie stać na chronienie tego skarbu. I nie mam tu na myśli takiego czy innego rządu albo reżimu. Bez względu na ekipę rządzącą od czasu do czasu można przeczytać takie „budujące” wiadomości, jak: „Rząd zwiększył wydatki na kulturę o ponad 20 proc.”, „Powołaliśmy kwartalnik literacki »NAPIS«, powstaje Instytut Literatury. Powstał Instytut Architektury i Urbanistyki. Utworzyliśmy Instytut Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą POLONIKA. Uratowaliśmy PIW i Polskie Wydawnictwo Muzyczne przed śmiercią na rynku. Powołaliśmy Instytut Pileckiego” – wylicza minister. No super. Szkoda, że wskrzeszając nierentowne rynkowe truchła i tworząc nowe etaty dla swoich kolesiów, nie pomyśleliście o porządnym słowniku języka polskiego. Albo może nie szkoda, tylko dobrze się stało – trudno uwierzyć, że wśród kolesiów macie porządnych leksykografów; strach pomyśleć, co by wasi kolesie zrobili z takim słownikiem, pewnie mniej więcej to, co z Puszczą Białowieską.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat mieliśmy rozmaitych prezydentów – lepszych, gorszych, to z prawej strony, to z lewej, to ze środka. Niektórzy nawet twardo udają, że promują kulturę: każą narodowi ściągnąć z półek i odkurzać prastare lektury (nota bene, powinniśmy je znać z podstawówki albo gimnazjum, narodowe czytanie archaicznych lektur zamiast zaznajamiania narodu z bieżącymi osiągnięciami światowej kultury to kolejna polska żenada). Żaden prezydent jednak nie ogłosił: zróbmy / odkurzmy / posprzątajmy / odświeżmy dobry słownik języka ojczystego i dajmy go ludziom za darmo.

Myślicie, że się nie da? Zajrzyjcie na dle.rae.es/lengua?m=form . Wybrałam hasło lengua, „język”. Widzicie, jak jest przejrzyście i wyczerpująco zaprezentowane? Jak jest olinkowane? Ile podano związków frazeologicznych i kolokacji? A widzicie tam reklamy? To z boku to przypięte aktualne porady językowe, nie komercyjne ogłoszenia. Język na pewno rozpoznajecie. To Słownik Języka Hiszpańskiego utrzymywany przez Hiszpańską Królewską Akademię. Sprawdźcie sobie w polskiej Wikipedii, czym się to ciało zajmuje. I nie mówcie, że do tego trzeba mieć króla. Na tym samym portalu znajdziecie też wszechhiszpański słownik słów wątpliwych, słownik prawniczy i wiele innych. Za darmo, bez reklam. Elegancko i poprawnie. Z KULTURĄ.

 

Na koniec najlepsza reklama, jaka wyświetliła mi się w słowniku PWN online: „Ta wiadomość szok wszystko Polska po tej wiadomości 487,87% wzrost milionerów w Polsce”. Brak mi słów na komentarz, ale poleciłabym ta wiadomość polska resort kultura – z taka wszystko kasa zapewne on być bogata milioner i zrobić szok słownik.