Droga stali i nadziei

Bohaterowie Uniwersum Metro od jakiegoś czasu żyją już na wierzchu i stopniowo, z coraz większym rozmachem oswajają zastaną na powierzchni rzeczywistość. Przyzwyczailiśmy się do ciasnych, mrocznych podziemi wielkich miast, a tymczasem Dmitrij Manasypow zabiera nas pod szerokie niebo… Baszkortostanu. Wie ktoś, gdzie to jest? Autor na wszelki wypadek podaje współrzędne geograficzne każdej miejscowości, a opisuje po prostu swoje rodzinne strony w nowym niewspaniałym świecie. I robi to… barokowo, a zarazem brawurowo. Brawurowo kreuje postacie, wkładając w ich usta siarczyste dialogi i mistrzowsko indywidualizując język każdej z nich. (Warto wspomnieć, że w tej powieści mamy dwóch bohaterów nagrodzonych w UM 2014 Rdzawym Artiomem: najlepsza rola męska i najlepsza postać łotra – obaj znakomici, choć również postaciom kobiecym z tej książki nie da się odmówić świetnych, wyrazistych rysów). Brawurowo rozgrywa sceny walk: zarówno nawalanki z bronią białą, jak i strzelaniny, a także wielkoskalowe artyleryjskie jatki. A barokowo Manasypow prowadzi narrację. I to bywa nużące. Z krwawego horroru wpadamy w klimaty westernowe (oprócz pukanin czekają nas pościgi konne), przeskakujemy do opowieści wojennych, pędzimy przez nawiązania do gier Fallout, zaliczamy elementy steampunkowe, nostalgiczne, ironiczne, zaczerpnięte z rosyjskich bajek ludowych, ale… mamy to wszystko okraszone stylem i szykiem zdań rodem z barokowej gawędy, bardzo licznymi, wielowarstwowymi epitetami, anaforami (tak, tak, proszę sobie zajrzeć do leksykonu terminów literackich), nagromadzeniem onomatopei, tautologiami i hiperbolami celowo zastosowanymi w celach artystycznych. Ach, i co rzuca się w oczy i uszy od samego prologu, to atmosfera filmu neo-noir, z nieustannie padającym deszczem, zatarciem granicy między dobrem a złem oraz z zimną, bezpardonową femme fatale. No, naprawdę, czego tu nie ma – istny skarbiec dla tropicieli smaczków.