Chwasty w alejkach i kredensy na statku

Ostatnio nadrabiam zaległości w lekturze i z dziką radością pochłaniam naprawdę dobrze przetłumaczone i zredagowane powieści anglojęzyczne. Radość mąci mi jednak czasami to czy inne słówko uparcie przekładane z angielskiego nieodpowiednio do kontekstu. A ponieważ zdarzają się te słówka tłumaczom moim zdaniem doskonałym i darzonym przeze mnie głębokim szacunkiem, nie będę podawać adresów bibliograficznych, tylko naświetlę właśnie kontekst.

Jesteśmy w Ameryce, w Stanach Zjednoczonych. Wychodzimy z bohaterem czy bohaterką na tyły knajpy albo skręcamy z głównej ulicy w zapyziałą bocznicę i gdzie się znajdujemy? W „alejce”. Brudnej, pełnej śmieci i innych nieczystości „alejce”. Bo w oryginale było alley. Okej, ale alley to nie tylko ‘alejka’. Wszystkie znane mi słowniki odnotowują również ‘boczna uliczka, zaułek’, zwłaszcza w kontekście amerykańskim. Alejka kojarzy nam się z czymś ładnym, urokliwym – dróżka w parku czy ogrodzie, przejście w centrum handlowym itp. A nie zapyziały zaułek na tyłach mordowni.

Jeśli w dodatku w tej „alejce” rosną „chwasty”, to już zupełnie ręce opadają. Chwast – zacytuję definicję ze słownika PWN – to „roślina dziko rosnąca w ogrodzie lub na polu, hamująca wzrost roślin użytkowych”. Nie: roślina rosnąca w uliczce, na przydrożu, na łące. Chwastem jest się tylko w kontekście ogrodniczym i rolniczym. Jeśli się nie wyrosło w ogrodzie ani nie na polu uprawnym, można być nawet leczniczym ziołem, ładnym polnym kwiatkiem albo po prostu zielskiem. I najczęściej o zielsku mówimy w kontekście tego, co zarasta pobocza dróg, ugory i nieużytki albo przebija się przez kamienie brukowe zapyziałych zaułków. Nie o chwastach. A że słowniki angielsko-polskie nie notują „zielska”, tylko „chwasty”? To może pora poprawić te słowniki? Przecież tłumaczenie polega na oddaniu oryginału zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, nie na niewolniczym popatrywaniu do słownika. To jedno, a drugie: czemu redaktor nie włączy u siebie opcji myślenia i nie poprawi tłumaczenia w oparciu o własne kompetencje językowe?

Na chwasty i alejki natykałam się ostatnio dość często, na pozostałe kwiatki rzadziej, niemniej wprawiły mnie w zdumienie. W powieści dla dzieci znalazłam w kabinie na niewielkim statku „kredensy”. Zadumałam się nad twórcami polskiej wersji tekstu. Byli kiedyś na statku? Widzieli kiedyś kredens? Zajrzeli w słowniku nieco dalej niż do pierwszego polskiego znaczenia? Ci sami twórcy posiali w tym tekście „starożytne konserwy”, co wymownie świadczy o ich podejściu do świata. Ancient to w ich rozumieniu wyłącznie coś starożytnego, niekoniecznie wiekowego czy prastarego, kazali więc czytelnikowi wierzyć, że starożytne ludy/cywilizacje pozostawiły nam w spuściźnie konserwy. Mniam.

W co najmniej dwóch powieściach bohater posiadał „flaszkę”, podczas gdy ewidentnie był to termos. (Flask – mogła też być piersiówka, ale w książkach dla dzieci piersiówka raczej nie występuje). To pewnie kolejny fałszywy przyjaciel, aż trudno uwierzyć, że wciąż pokutuje. Dziwne też, że redaktorzy nie zmienili na „butelkę”, bo dziś mało kto mówi „flaszka”.

A jeśli już jesteśmy przy butelce, w dzisiejszych czasach ludzie, zwłaszcza zamożni, nie wkładają do łóżek „butelki z gorącą wodą”, tylko termofor. Wrzućmy sobie hot water bottle do angielskiej Wikipedii albo choćby do graficznej przeglądarki internetowej – ani śladu butelki, wszędzie gumowe lub plastikowe termofory.

Czepiam się szczegółów, ale w nich właśnie tkwi diabeł. Czasami z powodu takich drobiazgów nie potrafię zagłosować na daną książkę w plebiscycie. A między innymi dlatego nadrabiam zaległości w lekturze – żeby na któryś tytuł świadomie i odpowiedzialnie zagłosować.