Czy poprawiać autora?

Jak to często bywa, na tytułowe pytanie jest tyle odpowiedzi, ilu wydawców. Są takie wydawnictwa, które za nic sobie mają jakąkolwiek korektę autorską – tłumacz nie ma szans zobaczyć, co mu redaktor (albo, o zgrozo, sześciu redaktorów, bo i tak bywa) napsocił w przekładzie. Traktuje się go z buta i… to boli. Tym bardziej, że rzadko spotykam redaktorów dorównujących mi kompetencjami językowymi. Niestety, większość braci redakcyjnej zamiast umiejętnie poprawić coś, co mi się nie udało czy pomyliło, psuje prozodię lub wręcz wprowadza własne skandaliczne błędy językowe. Skoro tak traktuje się doświadczonego tłumacza – kompetentnego i z wykształcenia, i z racji dorobku translatorskiego – aż strach pomyśleć, jak się postrzega samego autora, którego ów tłumacz ma zaszczyt i obowiązek bronić i reprezentować przed polskim wydawcą.

„Bronić”, ponieważ autorowi przysługuje prawo do własnej maniery językowej, jeśli jego tekst w takim, a nie innym kształcie ukazał się w oryginale. Zatem skoro autor nasadził średników (niepopularnych w językach obcych tak samo jak u nas), to pewnie tak chciał i nie należy tych średników zastępować na siłę kropkami ani przecinkami. Jeżeli pogmatwał składnię niemal do niemożliwości i w dodatku dostał u siebie w kraju nagrodę za piękną prozę, nie wolno mu tej składni upraszczać w imię czystości i zrozumiałości tekstu, bo wylejemy dziecko z kąpielą. Tak samo jeśli „nadziwaczył”, celowo przekręcając związki frazeologiczne i kolokacje. (Nawiązuję tu odpowiednio do powieści: „Księga kłamstw”, „Mapa czasu”, „Odwrócone”).

W powyższych i podobnych przypadkach zdecydowanie jestem za poszanowaniem autorskich dziwactw. Jeżeli coś bardzo gryzie w oczy i uszy, z dobrymi, pełnymi wyczucia redaktorami szukamy kompromisu, żeby zachować autorską myśl, a zarazem nie utrudniać odbioru czytelnikowi (tak było w przypadku „Mapy czasu” i „Odwróconych”).

Bywa jednak, że autor coś wyraźnie pomylił, redakcja obcojęzyczna to przeoczyła i… co teraz? Przykład: bohater, zakłopotany, wbija wzrok we własne buty, mimo że stronę wcześniej zdjął je i zostawił w przedpokoju („Cela 7”). Poprawiamy, przecież to ewidentne przeoczenie obcojęzycznej redakcji; może nawet błąd wprowadziła sama redakcja, na przykład próbując uniknąć powtórki. Drobiazgi – moim zdaniem – można spokojnie poprawić we własnym zakresie, koniecznie informując o tym polskiego redaktora. Grubsze rzeczy warto omówić z samym autorem. Większość pisarzy ma swoje strony internetowe albo profile w mediach społecznościowych – wielu z nich naprawdę ceni sobie kontakt i z czytelnikami, i z tłumaczami. Naszą tłumaczkę doceniła autorka trylogii rozpoczętej tomem „Cela 7”: w trzeciej części, „Finał 7”, na końcu książki Kerry Drewery podziękowała Iwonie Michałowskiej-Gabrych za trafne uwagi do drugiego tomu, „Dzień 7”. Super, prawda?

Na kilka poważnych nieścisłości natknęłam się ostatnio, tłumacząc „Kołysankę z Auschwitz”. Przykłady? Drugoplanowa bohaterka niby ma dzieci bliźniaki, ale po kilku rozdziałach okazuje się, że dzieliła je różnica wieku kilku lat. Inna drugoplanowa postać, Vera Luk, raz jest pielęgniarką czeską, a raz estońską. Pierwszy z przykładów łatwo zmienić samemu, ponieważ postać jest fikcyjna (niemniej uważam, że trzeba poinformować o tym autora). Druga rzecz okazuje się o tyle poważniejsza, że imię i nazwisko nie pasuje do żadnej ze wspomnianych narodowości. (Wiadomo: Czeszki mają nazwiska kończące się na -ová, a Estonki… Cóż, przydałyby się chociaż jakieś znaki diakrytyczne, nie?). W trakcie korespondencji z autorem dowiedziałam się, że wspomniana kobieta była Słowenką. Tym szczegółem polskie wydanie będzie się różniło od wcześniejszych, m.in. hiszpańsko- i angielskojęzycznego.

A jeżeli autor nie żyje? Tłumacząc „Krótką historię opium” (która jest de facto monografią tego specyfiku, a nie krótką historią), wspaniale się bawiłam, ponieważ autor wykazał się lekkim piórem, niebywałą erudycją i cudownie lotnym umysłem. Niestety, palnęło mu się sporo błędów merytorycznych z zakresu historii ogólnej, na przykład można było odnieść wrażenie, że daty pisał z pamięci. Takie wpadki niezmordowanie tropiłyśmy z panią redaktor Anną Czubską i chyba udało się podnieść to świetne dzieło na poziom wyższy, niż prezentuje w oryginale, wydanym przez Oxford Press. Niestety, nie dało się tego skonsultować z autorem, ponieważ zmarł kilka lat przed sprzedaniem licencji polskiemu wydawcy.

Thomas Dormandy, bo o nim mowa, zmarł w 2013 roku w wieku 87 lat. Monografię opium pisał, mając już około osiemdziesiątki. Nie czuł się zbyt pewnie w epoce cyfrowej – do czego przyznał się na końcu dzieła, nazywając sam siebie „technologicznie zapóźnionym pisarzem” – i stąd mogły wyniknąć wspomniane potknięcia. Niemniej był osobą niezwykłą, m.in. to on odkrył, że za starzenie się naszych organizmów odpowiadają wolne rodniki. Wydawca nie zamieścił w książce biogramu, który przygotowałam na postawie wzmianek wyszperanych w necie, uważam jednak, że ten Autor zasługuje na ogromny szacunek. A ponieważ nie mogłam mu już pogratulować wspaniałych dzieł (ani wyspowiadać się z poprawek, które naniosłyśmy w „Opium”), przynajmniej zamieszczę jego biogram tutaj. Cześć jego pamięci.