Duch Marii Konopnickiej

Kiedyś, będąc młodą studentką z prowincji (mam nadzieję, że nie muszę podawać adresu bibliograficznego do tego kryptocytatu), wybrałam się z koleżanką na zwiedzanie stolicy. Obie studiowałyśmy filologię polską ze specjalnością nauczycielską. Podczas gdy snułyśmy się po Ogrodzie Botanicznym, lunęło jak z cebra i wraz z innymi ofiarami ulewy schroniłyśmy się pod rozłożystym drzewem. Na ławeczce spoczęła jakaś babcia czy inna starsza opiekunka, otoczona gromadką dzieci w młodszym wieku szkolnym. Dzieci rozprawiały o wywoływaniu duchów. Nadstawiłyśmy uszu. Po licznych rozważaniach odnośnie do techniki czy okoliczności padło kategoryczne hasło: „Tylko ducha Marii Konopnickiej nie wolno wywoływać”. (Jeszcze mocniej zestrzygłyśmy uszami). „Dlaczego?” – zapytała ubawiona babcia. „Bo jest zły” – zabrzmiała stanowcza odpowiedź i na tym rozmowa o duchach skończyła się. My, dwie przyszłe filolożki, z trudem stłumiłyśmy parsknięcie śmiechu, ale po dłuższym (ponaddwudziestoletnim) zastanowieniu stwierdzam, że – mój Ty Boże – to wcale nie jest śmieszne.

Poprawiłabym tylko: „Ducha Marii Konopnickiej nie trzeba wywoływać”. Dlaczego? Bo już jest wywołany. Wciąż pokutuje, biedak, w realnym świecie polskich wydawców literatury przeznaczonej dla dzieci. Ogromna większość owych wydawców uważa, że dla dzieci trzeba pisać ślicznie, mądrze, grzecznie, wychowawczo, słowem: tak po konopnicku. Bez nieładnych słów, bez nieprzyjemnych zdarzeń, bez podejrzanych moralnie przekąsek takich jak popcorn (zob. niżej). Żadnego bekania, żadnego puszczania bąków, żadnych aktów przemocy. (Obecne na polskim rynku książki o kupie i innych biologicznych sprawach są przekładami, najpierw wydał je ktoś na Zachodzie). Źli bohaterowie zawsze na końcu rozumieją swój błąd i „odtąd już” są grzeczni.

W opowieści o tym, jak moi bohaterowie ścigają pieska uciekiniera, napisałam, że go dogonili, gdy obsikiwał koło jakiegoś samochodu. „Nie, nie, tylko nie o sikaniu, pani Patrycjo. Może on robił coś innego?” Niektórych z życia wziętych anegdot nie mogę przytoczyć w literaturze dla dzieci, mimo że przydarzyły się prawdziwym dzieciom, a te bynajmniej nie czuły się zgorszone uczestniczeniem w danych wydarzeniach. Nie wolno mi używać słów, którymi posługują się prawdziwe dzieci, bo przecież „dzieci tak nie mówią” (czytaj: „nie mamy pojęcia o tym, że dzieci tak mówią / nie przyjmiemy do wiadomości, że dzieci tak mówią”). To dlatego polska literatura dla dzieci jest grzeczna i układna, „wyprana i wyprasowana na kant”, autorzy tacy jak ja piszą głównie do szuflady, a prawdziwe dzieci (czyli te, które niekoniecznie są grzeczne) nie czytają książek. Przynajmniej tych polskich, czyli konopnickich, z ducha.

Co ja się tak przyczepiłam do poczciwej Marii? Do niej samej nic nie mam: pisała, jak uważała, sama wszak była matką Polką. Ale dokładnie w tym samym okresie co ona tworzył mój mistrz, Mark Twain. Włóczęga, podwójny dezerter, złośliwy prześmiewca, ceniony pisarz. (O „Przygodach Hucka” Ernest Hemingway wyraził się, że to najlepsza powieść w amerykańskiej literaturze). Dzieła Twaina, w tym te zaliczone do literatury dla dzieci, reprezentują zupełnie innego ducha i to właśnie z tego innego ducha wywodzą się książki takich współczesnych pisarzy jak David Walliams czy David Almond.

Tych dwóch ostatnich wymieniam nie bez powodu. Mój syn, człowiek, który od najmłodszych lat nie cierpi czytania, w dzieciństwie jednym tchem pochłonął „Babcię rabuś”, „Skrzydlaka” i „Dzikusa”. Książki wspaniale spolszczone i porządnie wydane w polskich wersjach językowych. Nie widzę tego rodzaju dzieł podpisanych polskimi nazwiskami. Wręcz przeciwnie, oczyma wyobraźni widzę polskiego autora, który zgłasza coś takiego (swojego) do polskiego wydawcy.

– Panie Dawidzie, babcia i kapuściane bąki? Po pierwsze, a fe, a po drugie, gdzie szacunek dla starszej osoby? No i ten rak… Może jakaś inna przypadłość? Bo rak to taki przykry temat. (To ostatnie zdanie sama usłyszałam od pewnego wydawnictwa).

– Panie Dawidzie, dzieci przyjaźniące się z jakimś brudnym, bezdomnym obdartusem? Kto widział takie postaci wprowadzać do literatury dla dzieci! (Tytułowy „Skrzydlak” jest – moim zdaniem – innym wcieleniem Jima, przyjaciela Hucka Finna).

– Panie Dawidzie, taka przemoc w książce dla młodego czytelnika?! Twierdzi pan, że w ten sposób można rozwiązać szkolne problemy? Toż to zgroza! (Nie tylko można, ale chyba nawet trzeba; kolegom mojego syna „Dzikus” też bardzo się podobał, również ze względu na oprawę graficzną).

I jeszcze dwie prawdziwe anegdotki z mojego, translatorskiego podwórka. W zeszłym roku tłumaczyłam trzyczęściową serię o chłopcu, który ma trochę na bakier ze szkołą, a rodziców i w ogóle dorosłych traktuje ze zdrowym, typowym dla dziewięcio- czy jedenastolatka dystansem. Narracja jest pierwszoosobowa, to właściwie monolog wewnętrzny bohatera. Na samym początku pierwszego tomiku chłopak maluje przed czytelnikiem scenę, w której mama domaga się od niego posprzątania pokoju. Moim zdaniem matka wrzeszczy na syna (a nawet drze japę, choć takiego określenia nie ryzykowałabym), ale wydawca nie mógł przełknąć brzydkiego słowa „wrzeszczała” (nieładnie brzmi, i to jeszcze na początku serii). Nie pomogło tłumaczenie, że normalne dziecko właśnie tak postrzega rzeczywistość i tak sobie w tej chwili myśli o rodzicielce. W końcu pokonano mnie argumentem, że seria ma być pobłogosławiona przez fundację „Cała Polska czyta dzieciom” i ostatecznie w wydanej książce mama nie wrzeszczy na syna, tylko pokrzykuje (sic).

Wspomniany argument jest nie do odparcia. Fundacja „CPczdz” to niezmiernie szacowna instytucja i liczą się z nią dorośli, którzy kupują dzieciom książki, a o to przecież chodzi – żeby kupowali i potem dzieciom na siłę czytali, niekoniecznie, żeby dzieci (te nie do końca grzeczne) czytały same. To po pierwsze, a po drugie, instytucja ta jest potężnym bastionem ducha Marii Konopnickiej. Swego czasu nie użyczyła swojego logo tomikowi „Franklin i pani opiekunka”, ponieważ tytułowy bohater burkliwie się odnosił do niani (nieważne, że opowieść jest właśnie o tym, jak jego początkowa niechęć cudownie się odmieniła, a więc opisuje normalny ludzki proces stopniowego przełamywania lodów) oraz dlatego, że opiekunka dała mu wieczorem niezdrową przekąskę – popcorn. SIC. Domowy popcorn, wspaniała lekkostrawna przekąska, która dla dzieci nietolerujących glutenu i ich rodziców jest istnym zbawieniem, przesądziła o tym, że „Cała Polska czyta dzieciom” nie uznała tej książki za godną… czytania dzieciom. To samo zresztą spotkało w owym czasie tomik „Franklin i złoty interes”. Tym razem zarzut był poważny: bohater wykazał się obrotnością, tu coś załatwił, tam coś zorganizował i w efekcie każda z zaangażowanych przez niego osób była zadowolona. Zapytacie: a gdzie ten zarzut? No ba: nieładnie jest robić interesy na kolegach (nieważne, że wszyscy na tym świetnie wyszli). Polskim dzieciom nie należy czytać o takich moralnie nagannych sprawach jak biznes.

Polskie dzieci powinny chodzić na jagody, delektować się tym, co słonko widziało, i siedząc cicho*, słuchać, jak Koszałek-Opałek snuje swoje patriotyczne… hm, koszałki-opałki.

* Maleńki kryptocytat z rozdziału IV opowieści o tym, „Jak nadworny kronikarz króla Błystka rozpoznawał wiosnę”. Scena niemego zasłuchania niepiśmiennej dziatwy to ideał przyświecający ludziom kreującym ducha polskiej literatury dla dzieci. A co, nie pamiętacie jej? Nikt Wam nie czytał w dzieciństwie „Sierotki Marysi”? Mnie też nie. Moi postępowi rodzice zafundowali mi longplaya Muzy. Masakra mojego dzieciństwa.