Dżuma

Czytam sobie tę powieść Alberta Camus w wydaniu papierowym PIW-u. Książkę wydarłam z ostatniej jeszcze czynnej biblioteki w ostatnich godzinach jej otwarcia przed kwarantannowym zamknięciem. Potrzebna mi była do zaczerpnięcia cytatu – motta, którym Mario Escobar opatrzył jedną ze swych powieści, a właśnie tę powieść kończyłam tłumaczyć i chciałam wziąć fragment z wiarygodnego źródła. Myślałam, że znajdę zdigitalizowaną Dżumę w internecie, wszak była to moja licealna lektura, rzecz jest znana, wielka, to klasyka europejskiego egzystencjalizmu, jedna z pozycji kanonu na koniec XX wieku „Rzeczpospolitej” itd. Ale nie. Nie ma jej na Legimi, nie ma w Wolnych Lekturach, nie ma w spisie lektur… Co, u licha?

No, Dżuma znikła i dlatego musiałam desperacko obdzwonić biblioteki w okolicy. Zastanowił mnie jednak ten fenomen zniknięcia, bo przecież właśnie teraz, w dobie epidemii, powinna się cieszyć zainteresowaniem, co najmniej takim jak Miłość w czasach zarazy. Tak bardzo mnie zastanowił, że postanowiłam odświeżyć sobie lekturę z młodości.

Jak się czyta? Nierówno. Liczne myśli autora rzucają wręcz na kolana, np. „Zarazy są w istocie sprawą zwyczajną, ale z trudem się w nie wierzy, kiedy się na nas walą. Na świecie było tyle dżum co wojen. Mimo to dżumy i wojny zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych”, „Kiedy wybucha wojna, ludzie powiadają: »To nie potrwa długo, to zbyt głupie«. I oczywiście, wojna na pewno jest zbyt głupia, ale to nie przeszkadza jej trwać. Głupota upiera się zawsze [uparcie trwa zawsze – Pz], zauważono by to, gdyby człowiek stale nie myślał o sobie”, „(…) nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy”.

Wiele wartkich dialogów przebiega gładko, niektóre refleksyjne partie trochę nudzą. Zastanawia brak domowego lockdownu w mieście objętym zarazą – Francuzi przez cały czas pilnie uczęszczają do kawiarń, zapijają zarazę alkoholem w knajpach, walczą, by zatrzymać swoich chorych bliskich w domu, zamiast oddać ich do szpitala. Jako tłumaczkę z biologicznym i medycznym zboczeniem wkurza mnie notoryczne nazywanie węzłów chłonnych (to określenie w powieści nie pada) „gruczołami”. To kardynalny błąd merytoryczny i dziwi mnie, że szacowny wydawca nie poprawił go w kolejnych wydaniach (mam wydanie dziewiętnaste, z 1997 roku). Opisy powiększonych, zmienionych chorobowo „gruczołów” szyjnych, pachwinowych i pod pachami zajmują w powieści sporo miejsca. Trochę rażą potknięcia stylistyczne w rodzaju „uderzył go lekko po ramieniu” (zamiast „klepnął go w ramię”) czy „uderzył dłonią na płask w papiery” (zamiast „plasnął/walnął otwartą dłonią w leżące papiery”), bo można to było ładnie zredagować, jeśli nie w latach 50., to w 90.

Mario Escobar w słowie końcowym wspomnianej swojej powieści przyznaje się do wielkiej fascynacji Albertem Camus. Nie musi. Już w Dzieciach żółtej gwiazdy umieścił go wśród bohaterów trzecioplanowych, wkładając mu w usta kilka zdań o dżumie jako tkwiącym w człowieku pierwiastku zła, nieustannie prowadzącym do wojen i wszelkiego rodzaju nikczemności. Kolejna powieść Escobara, rozgrywająca się w czasie II wojny we Francji, rozwija tę myśl i skłania do refleksji nad bezinteresowną nienawiścią i obojętnością, które w godzinach próby biorą górę nad wzajemnym szacunkiem i miłością bliźniego.

A właśnie taką godzinę próby obecnie przeżywamy – i z powodu zarazy, i z powodu totalitaryzmu, który od kilku lat niepostrzeżenie rozpełza się po naszym kraju. Kto porządnie „przerobił” lekturę w czasach szkolnych, ten pamięta, że Camus w swojej powieści paraboli ostrzega również przed totalitaryzmem i absurdem, które – uśpione niczym bakcyl zarazy – tyko czekają, by się rozpełznąć po kolejnej społeczności. Może nie bez powodu Dżuma zniknęła z wykazu lektur, może ktoś ją celowo zniknął.