Fałszywi przyjaciele zawsze usłużni

Tyle się mówi o fałszywych przyjaciołach tłumacza, ostrzegają przed nimi niektóre słowniki, uczulają na nie doświadczeni redaktorzy i… I kicha. Owszem, brać tłumaczy czy raczej pseudotłumaczy anglojęzycznych przyjęła do wiadomości takie typowe przykłady jak eventually czy sympathy, ale poza kilkoma oczywistościami, o których głośno w poradnikach, liczne osoby podające się za tłumaczy nie raczą pogmerać w słowniku i sadzą żenujące błędy. A redaktorzy z niewyjaśnionych dla mnie powodów zostawiają te błędy w tekście.

Ileż to razy zastanawiałam się, czemu nikomu nie przeszkadza, że w niektórych książkach u sufitu wisi kandelabr. Zresztą nie tylko w książkach. Wiele sklepów z lampami przy zdjęciu przedstawiającym żyrandol kładzie podpis „kandelabr”. Chandelier w żadnym ze znanych mi słowników nie ma takiego niepoprawnego tłumaczenia. Owszem, oba te słowa, a także wiele innych, pochodzą od łacińskiego candela, ‘świeca’, ale przecież nie trzeba być wielkim językoznawcą, żeby wiedzieć, że w trakcie wędrówki słów z jednego języka do drugiego (czy trzeciego i dalej) pola semantycznie przesuwają się, i to niekiedy bardzo mocno.

Najdosłowniej żenującym błędem z tej rodziny jest tłumaczenie przymiotnika pathetic jako ‘patetyczny’. Cóż, w starszych kontekstach pewnie faktycznie chodzi o patos, ale znacznie częściej współczesna angielszczyzna w ten sposób określa coś żałosnego, żenującego, wręcz haniebnego.

Criminal, tak często występujący w powieściach kryminalnych, to w znaczeniu rzeczownikowym niekoniecznie od razu kryminalista. W języku angielskim tak się określa człowieka, który popełnił przestępstwo, czyli przestępcę, w polskim zaś kryminalistą jest przestępca osądzony i skazany. W kontekstach powieści detektywistycznych ta subtelna różnica ma ogromne znaczenie. Nie trzeba chyba dodawać, że criminal to na pewno nie ‘kryminał’ w sensie podgatunku literackiego.

Podobnie jak „kryminalista” naużywany bywa „atleta”. Athlete to ‘sportowiec’, ale – na litość – nie każdy sportowiec jest atletą. Fonetyczne przekładanie tego słowa na język polski nierzadko budzi nieporozumienia, a czasem wyciska łzy rozbawienia. Jak można filigranową gimnastyczkę nazwać atletką?

Często (zbyt często!) spotykam się w literaturze z bezmyślnie powielonym przyimkiem along. Okej, słownikowe znaczenie to ‘wzdłuż’, ale – na świętego Jakuba – kto z Was chodzi wzdłuż ścieżki albo jedzie wzdłuż drogi? Każdy zdrowy na umyśle pieszy pójdzie ścieżką, jeśli jest wolna, a nie wzdłuż niej (lasem czy polem) i każdy rowerzysta czy zmotoryzowany wybierze jezdnię czy dróżkę, zamiast sunąć chaszczami wzdłuż drogi. No… nie każdy. Na pewno wzdłuż szosy zamiast szosą jeżdżą tłumacz i redaktor polskiej wersji thrillera Misery, ponieważ tak za ich sprawą robi główny bohater: „…drugą butelkę szampana, a potem wypił ją, jadąc wzdłuż I-70 wśród Gór Skalistych”. Skomentowałabym złośliwie: nic dziwnego, że Paul wypadł z drogi, skoro jechał wzdłuż szosy zamiast po jezdni. Może jest w tej powieści więcej podobnych przykładów; nie wiem – nie umiem przez nią przebrnąć, tak mnie drażnią rozmaite potknięcia translatorskie na pierwszych kilkunastu stronach.

Skoro jesteśmy przy przemieszczaniu się, zauważmy, że make one’s way niekoniecznie znaczy ‘robić/torować sobie drogę’. Zazwyczaj bohater zdania po prostu idzie czy jedzie, wcale się nie przedziera – to trzeba wywnioskować z kontekstu.

Osobną rażącą grupę stanowią fałszywi przyjaciele z dziedziny nauk przyrodniczych. Jest ich sporo i pozwalają stwierdzić, czy tłumacz miał choćby blade pojęcie o tym, co dostał na warsztat. Począwszy od pospolitego „organu” (po angielsku zawsze organ, po polsku „organ” lub „narząd”, zależnie czy to roślina, czy zwierzę/człowiek), przez system (w przyrodzie najczęściej „układ”, podobnie Układ Słoneczny, a nie „System Solarny”), po tak wyrafinowane cuda jak „trujący bluszcz i latające pułapki” w pokoju małej bohaterki powieści dla dzieci (z serii o France Stein autorstwa Jima Bentona). W tym ostatnim przypadku tłumaczce nie przeszkadzało, że tuż powyżej owe „latające pułapki” są zilustrowane i wyglądają po prostu jak muchołówka, taka owadożerna roślina, po angielsku flytrap. Podobnych kuriozów w powieściach dla dzieci znajdywałam wiele, niekiedy nawet w dziełach publikowanych przez uznanych wydawców. Dlaczego powierzają tłumaczenie komu popadnie, to ich sprawa. Ale dlaczego nie poprawiają błędów i posyłają je w Polskę? Ba…