Jeszcze o duchu M.K.

Wspomniałam o utrzymanej w minorowym tonie płycie długogrającej z przygodami sierotki Marysi i krasnoludków, ale byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie zrównoważyła tego milszymi wspomnieniami. Były też przecież płyty z genialnymi słuchowiskami Jana Brzechwy – genialnymi zarówno ze względu na jego mistrzowskie pióro, jak i na oprawę muzyczną i kwiat polskiego aktorstwa. Chwała wydawnictwu Siedmioróg za to, że wznowiło te rzeczy w naszych czasach na CD. Okazało się, że mimo „upływu pokoleń” te piękne bajki wcale się nie postarzały i wilk nadal straszy charakterystycznym głosem Władysława Hańczy.

Rok temu pewna gazetka dziecięca poprosiła mnie o wywiad korespondencyjny. Jedno z pytań dotyczyło ulubionej książki z dzieciństwa. Jako że korespondencyjna forma pozwala na odrobinę zadumy, przemyślałam gruntownie odpowiedź. Przypomniałam sobie masę ładnych książeczek z serii „Poczytaj mi, mamo”, nieśmiertelne wiersze Brzechwy z ilustracjami Jana Marcina Szancera, trzytomowy zbiór baśni Andersena z ohydnymi polskimi ilustracjami, które przez długie lata odstraszały mnie od tego wspaniałego baśniarza…

I nagle mnie olśniło. Jedna z najwcześniejszych moich książek, a na pewno najbardziej zaczytana, to był „Tytus na Dzikim Zachodzie”, prezent od cioci otrzymany na czwarte urodziny. Początkowo na pewno nie bardzo rozumiałam sens, bardziej liczył się kowbojski temat tego tomiku niż sami główni bohaterowie, ale magia Tytusa działała, bo inaczej ta książka (właściwie zeszyt) nie straciłaby okładki, nie wytarłaby się tak niemiłosiernie. W wywiadzie udzieliłam odpowiedzi zgodnie z prawdą. Gdy potem dostałam go do autoryzacji, pytanie z niego znikło, odpowiedź oczywiście też. Autoryzując wywiad, westchnęłam tylko ciężko, bo oczywiście zadziałał nieszczęsny duch M.K. Kto widział, żeby dziecko, tym bardziej czteroletnie, uwielbiało Tytusa. Trzeba było napisać, że „Brzechwa dzieciom”.

Duch konopnickości unosił się też nad redagowaniem mojego „Benka i spółki”. Najpierw redakcję zlecono pani, która nie mogła znieść z kolei mojego ducha i lepiej ode mnie wiedziała nawet, co mój bohater (czyli mój syn) lubił jeść na śniadanie. Moja rzeczywistość – nie tyle wykreowana, ile po prostu opisana z natury, z lekkim podkręceniem nastroju – zdecydowanie nie pasowała do redakcyjnej wizji. Najczęstszy argument: „To ma być książka dla dzieci”. Nawojowałam się ostro, redakcję przejął kto inny – pan o zdecydowanie większym szacunku dla autora. Ale i on prosił o usunięcie informacji o tym, że dzieciom podoba się zapach na stacji paliw. „Przecież to taka nieprzyjemna woń”. Akurat dopisało mi szczęście, za dwa dni miałam spotkanie z uczniami podstawówki. Przyszły najróżniejsze dzieci, od autentycznie lubiących czytanie po typowych leserów, którzy chętnie zerwali się z lekcji. Poprosiłam, żeby zebrani mi powiedzieli, co myślą o zapachu na stacji paliw. Wow! Wszystkim młodziakom ten zapach niesamowicie się podoba, przyjemnie kręci i w nosie, i w głowie. Kilka osób ze starszej grupy wiekowej uznało go za taki sobie, a dwie najstarsze dziewczynki – za przykry. Czyli dobrze pamiętałam z własnego dzieciństwa to upojenie na cepeenie, kiedy mimo protestów mamy odkręcało się szyby w oknach z tyłu samochodu i napawało się zapaszkiem benzyny.

Co powiedzieć o redaktorach, którzy to chcieli usunąć? Zapomniał wół, jak cielęciem był? Obawiam się, że ten wół nigdy nie był cielęciem, a ten czy ów redaktor nigdy nie był dziecięciem. W sumie łatwo sobie wytłumaczyć to zjawisko. Redaktorami nie zostają byle jakie dzieci – te przeklinające jak szewcy brudaski, które pozwalały mi się bawić ze sobą w policjantów i złodziei. Na studia i do wydawnictw garną się grzeczni chłopcy, wzorowe uczennice itd. To oczywiste, że w dzieciństwie czytali grzeczne książeczki i w dorosłości takie same książeczki produkują dla kolejnych grzecznych dzieci. Nie ma szans, żeby po tak sfabrykowaną literaturę sięgnęły zwyczajne dzieciaki, nie ma więc szans na zwiększenie czytelnictwa w narodzie, mimo wszystkich cudownych pomysłów w rodzaju wyprawki czytelniczej dla noworodków. Literatura dla dzieci musi być w Polce wychowawcza, ulizana, cacy. A więc lubić ją będą tylko te dzieci, które są dobrze wychowane, ulizane i cacy.

Co gorsza, sama Maria padła ofiarą własnego ducha, kiedy ktoś wyciągnął na światło dzienne orientację seksualną niepasującą do mitu matki Polki. Zamiast wzruszyć ramionami, czciciele jej ducha podnieśli wielki raban. To niemożliwe, to haniebne pomówienie itd. Zgodnie z duchem M.K. takie informacje nie powinny opuszczać szuflady – tej pękającej w spoiwach narodowej szuflady, w której trzymamy i nieodpowiednie teksty, i „wstydliwe” szczegóły z życia literackich idoli naszego dzieciństwa. A gdyby tak wyszło na jaw, że Brzechwa, jego kuzyn Leśmian (autor pierwszej polskiej wersji „Przygód Sindbada Żeglarza”), Szancer, Tuwim i jego siostra Irena (tłumaczka m.in. „Kubusia Puchatka”), Rozalia Bernsteinowa (tłumaczka, autorka m.in. pierwszego polskiego przekładu „Ani z Zielonego Wzgórza”) i pewnie wielu innych współtwórców pięknej literatury dla dzieci byli z pochodzenia Żydami? Strach się bać. Sza!