Językoznawca to nie purysta

Ludzie czasami się spodziewają, że skoro jestem zawodowym językoznawcą, to pojadłam wszelkie słowniki i będę czujnym strażnikiem poprawności językowej. No fakt, paru porad mogę udzielić z pamięci, a kwestie sporne rozstrzygnąć w oparciu o słowniki i poszukiwania podobnych tematów w poradniach językowych, ale w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby poprawiać mówiących ludzi.
Wychowywałam się na wschodzie Polski w środowisku posługującym się bardzo malowniczą mieszanką dialektów. W domu mówiło się mniej więcej czysto po polsku (polszczyzną południową), choć mama chętnie dorzucała zasłyszane w dzieciństwie perełki językowe z Zagłębia i Śląska, a babcia z całą prostotą posługiwała się przedwojenną polszczyzną lwowską. Co by mi przyszło z tego, gdybym poprawiała kolegów mówiących np. „Szłem bez wieś” (szedłem przez wieś)? Wyszłabym tylko na dziwaka zawracającego Wisłę kijem.
Językoznawca nie oburza się, słysząc językowe odstępstwa od normy. Z zaciekawieniem badacza słucha użytkowników mowy potocznej, uśmiecha się w duchu, czasem coś dyskretnie zanotuje. Językoznawca nie cieszy się ani nie martwi popełnianymi przez kogoś błędami. Raduje go sam fakt, że język żyje, a każde odstępstwo od normy jest poświadczeniem owego procesu.
Rzecz jasna, na piśmie obowiązują nas zasady poprawnościowe i słownikowe wersje gramatyczne. Jednak mowa potoczna byłaby uboga i martwa, gdyby stosowała się do tych reguł. Dlatego jeśli proza celowo jest napisana językiem kolokwialnym, nie należy jej na siłę uwznioślać. A już na pewno nie wolno żywych, tchnących autentyzmem dialogów ubierać w sztywny gorset literackości. Ciężko się czyta beletrystykę, w której ktoś (autor? tłumacz? redaktor?) upstrzył dialogi książkowymi spójnikami i wydumanymi konstrukcjami składniowymi.
Czasami potrzebne są kompromisy. Nikt normalny potocznie nie mówi „wziąć tę książkę” – byłaby to rażąca hiperpoprawność. Norma zobowiązuje nas jednak, byśmy nawet w dialogu pisali tak, a nie „wziąść tą książkę”. Jeżeli wydawca zgadza się na głębszy ukłon w stronę żywej polszczyzny mówionej, to świetnie. Jeśli takich wydawców znajdzie się więcej, to norma się stopniowo przesunie, językoznawcy to oczywiście zauważą i leksykografowie zaktualizują słowniki.
Podsumowując, językoznawca nie stoi na straży wąsko pojętej czystości języka, tylko na straży swobody jego rozwoju. A skrajny puryzm językowy temu rozwojowi szkodzi.