Kalosze

Ponad 20 lat temu, na początku swojej kariery zawodowej, dostałam za pośrednictwem bielskiego wydawnictwa Debit mejl od czytelniczki. Matka czytała dziecku przygody żółwia Franklina, przetłumaczone i opracowane literacko przeze mnie. W tomiku Franklin boi się burzy znalazła takie oto zdanie: „Włoży buty gumowe i czapkę przeciwdeszczową” i w mejlu pouczyła nas dobrotliwie, z niejaką wyższością, że nie są to żadne buty gumowe, tylko po prostu kalosze. To było naprawdę dawno temu, mejlowanie do wydawców dopiero wchodziło w modę, a czytelniczka była ewidentnie światła i niezwykle pewna swego. Co jeszcze można o niej powiedzieć? Mieszkała w dużym mieście w północnej części Polski, ale tym, rzecz jasna, nie pochwaliła się bezpośrednio.

Jak już kiedyś wspominałam, jestem Galicjanką. Wychowywałam się w Bieszczadach, w domu babcia mówiła po lwowsku, mama wyniosła sporo zwyczajów językowych z Zagłębia, a nieco ze Śląska Opolskiego. Potem mieszkałam we wschodnim Podkarpaciu, obracałam się po miastach Górnego Śląska, aż osiadłam w pogranicznym Bielsku-Białej. Pogranicznym, ponieważ przechodzi przez nie dawna granica galicyjsko-śląska, podobnie jak przez miejscowość, w której mieszkam obecnie. Wypisuję tę całą litanię po to, żeby podkreślić, że czuję się obywatelką południowej Polski, w dodatku osłuchaną z kilkoma gwarami. Otóż 20 lat temu kalosze znałam tylko z baśni Andersena. Kojarzyłam, że gdzieś tam dalej na północy kraju ludzie mówią tak na obuwie gumowe, które na południu nazywamy gumiakami. Dlatego dałam Franklinowi buty gumowe (a nie gumowce, gumiaki czy kalosze), żeby cała Polska wiedziała, co włożył.

Aby odpowiedzieć czytelniczce na mejla, sięgnęłam po jedyny papierowy słownik języka polskiego, jaki miałam na półce – Szymczaka (1978). Słowników online wtedy jeszcze nie było albo o nich nie wiedziałam. A Szymczak pisze o kaloszach tak: „obuwie gumowe nakładane na obuwie zwykłe dla ochrony od wilgoci i błota” (prawie słowo w słowo to samo co Doroszewski, nic więcej). Najwyraźniej też znał tylko kalosze z wersji Andersena. O gumiakach zaś, kwalifikując je jako potoczne, tak: „buty gumowe, gumowce”. Od gumowców odsyła do gumiaków. Pozostawia trochę niedosytu, bo skoro to są określenia potoczne, to jak niepotocznie mówić o tym obuwiu? Polszczyzna wielkomiejska, dystansująca się od potocznej ze względów społecznych, poradziła sobie z tym, przygarniając słowo „kalosze”. Starodawne kalosze, z miękkiej gumy, nakładane na inne buty, po wojnie wyszły w Polsce z powszechnego użycia. Zapomniano o nich na tyle, że określające je słowo stało się niejako wolne, w dodatku bliskie znaczeniowo gumiakom, dlatego siłą rzeczy przesunął się zakres jego pola semantycznego. Jednak, parafrazując Miłosza, „językoznawca pamięta”. Zwłaszcza jeśli jest dociekliwy i upierdliwy.

Sprawa kaloszy wyskoczyła ponownie kilka dni temu, gdy tłumaczyłam książeczkę dla dzieci na zamówienie wydawnictwa z Poznania. Dość ważną rolę odgrywają w niej buty gumowe. Tylko jak je nazwać? Redaktorki z Poznania poprosiły o kalosze. Ja upierałam się, że w Galicji ten sprzęt nazywa się inaczej, a kalosze to tylko u Andersena. Do tego byłam niesamowicie ciekawa, czy coś się nie zmieniło w ciągu tych 20 lat. W końcu na północy kraju kalosze w znaczeniu butów gumowych zatriumfowały dość szybko.

Pośpiesznie rozesłałam po znajomych redaktorkach i korektorkach z różnych stron kraju zapytanie ankietowe: „Jak się u Was mówi: kalosze, gumiaki, gumowce czy buty gumowe?”, podkreślając, że nie chodzi mi o znaczenie słownikowe, tylko o pierwsze wrażenie z ulicy, domu, okolicy. Ku mojemu zdumieniu, odzew był wręcz żywiołowy, wypytywano rodziny i współpracowniczki. Z zebranych naprędce informacji można by zacząć rysować mapę zasięgu nazw regionalnych (taką jak dla czarnych jagód/borówek, galarety/zimnych nóżek/studzieniny itd.). Nie mam co prawda znajomych w całym kraju, ale i tak poczułam, że jesteśmy już nie tyle globalną wioską McLuhana, ile globalnym podwórkiem (mimo że nie korzystam z mediów społecznościowych). Oto wyniki ankiety:

Kalosze: Warszawa, Łódź, Wielkopolska (Poznań, Leszno), Trójmiasto.

Gumiaki: Galicja, w tym Kraków, Podhale, Podkarpacie, Bieszczady i Beskid Niski oraz co najmniej kawałek Górnego Śląska. Redaktorki wywodzące się z tych okolic oczywiście wiedzą, co gdzieś w Polsce znaczą dziś kalosze, ale nie używają tego słowa i w domu go nie słyszały. Starsze pokolenie pamięta krótkie kalosze, zakładane na buty. W miastach słychać kalosze w nowym znaczeniu.

Gumowce: Dolny Śląsk, Górny Śląsk (tu też gwarowo gumioki albo guminioki), Białystok, Olsztyn. Znane są również gumiaki (w Białymstoku i Olsztynie też gwarowo gumaki), ale i jedno, i drugie słowo raczej w znaczeniu rolniczo-rybackim. Po mieście: kalosze.

Buty gumowe: w odczuciu wszystkich jest to jakaś sztuczna, wysilona forma. Być może wymyślona w słownikach po to, żeby pogodzić wszystkie pozostałe, ale nikt tak nie mówi.

Głos spoza naszej branży, spod granicy zachodniej, rodzina wywodzi się z Galicji, z Leżajska:

„U nas są kalosze – do kostki, zakładane na zwykłe buty; gumowce i gumiaki – długie, całe gumowe. Gumofilce – dół gumowy, góra z filcu; i walonki – całe filcowe i na nie zakłada się też kalosze”.

Śląsk, Górny i Dolny, jest oczywiście niejednorodny językowo ze względów historycznych. Niemniej przynajmniej w niektórych rodzinach ostały się stare sposoby mówienia: śląskiego albo kresowego.

Nie byłabym sobą, gdybym nie pogmerała jeszcze w językach obcych. Niegłęboko, bo tylko w Wikipedii. W jej polskiej sekcji kalosze = gumowce (gumiaki), tak samo jak w obecnym SJP PWN online. Ale w innych językach europejskich te dwa pojęcia funkcjonują osobno i mają odrębne nazwy. Oba rodzaje obuwia są wykonane z gumy, jednak mają odrębną historię i osobnych wynalazców. Tylko gdzieniegdzie w Stanach Zjednoczonych na buty gumowe mawia się kalosze (galoshes). Nawiasem mówiąc, Anglicy przypisują sobie wynalezienie jednych i drugich, ale gumowce jako obuwie rolnicze podobno największą karierę zrobiły we Francji i stamtąd w drugiej połowie XIX wieku rozeszły się po kontynencie. Można się tylko domyślać, że w ubogiej, wiejskiej Galicji to one zrobiły furorę, a nie miejskie kalosze z miękkiej gumy.

Może właśnie dlatego regionalny język Galicji do tej pory broni się przed kaloszami. Nie nazwę tego języka gwarą ani dialektem, ponieważ – jak podkreśliłam – posługuje się nim inteligencja. Jest to nasza południowa polszczyzna. Ludzie, którzy się stąd wywodzą, a robią karierę w północnych częściach kraju, z oczywistych względów przechodzą na tamtejsze odmiany języka. Ale póki obracamy się wśród swoich, na południu, mówimy po swojemu. Jesteśmy w tym nieco podobni do mieszkańców Galicji w Hiszpanii, tak jak Ślązacy ze swoją godką do Katalończyków. O tym będzie w następnym tekście.

Tu pragnę jeszcze raz gorąco podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w ankiecie i podzielili się ze mną swoimi obserwacjami językowymi z ulicy, z domu, z okolicy. Dla mnie Wasz wkład jest bezcenny – aż żałuję, że nie jestem praktykującą badaczką językową (ale wtedy przypuszczalnie bym Was nie znała, więc nie ma gadania: cieszę się, że Was znam). Przepraszam zarazem tych znajomych, do których nie wysłałam zapytania ankietowego: po prostu śpieszyłam się, żeby tekst trafił na czas do łamania, i nie czułam się na siłach, aby błyskawicznie obsłużyć więcej niż kilkanaście korespondencji. Niemniej gdyby ktoś miał ochotę przyczynić się do uszczegółowienia wyników – zachęcam do mejlowania.

Oczywiście książeczka dla dzieci o ogólnopolskim zasięgu koniec końców będzie zawierać wszystkie niegwarowe określenia butów gumowych.