Mimowolni przemytnicy

Jak już zdarzało mi się biadolić, tłumacze są kanałem, przez który do naszego języka wkradają się obcojęzyczne zapożyczenia. Bezwiednie przemycają do polszczyzny nowinki leksykalne, przyczyniając się do zadomowienia (głównie) anglicyzmów. Nie każde zapożyczenie jest uzasadnione jakąś wyższą racją, ale rozwój języka już tak ma – nie kieruje się racjami stanu, bywa kapryśny, nie poddaje się regułom, których językoznawcy szukają czasami na siłę.

Kiedy „zapożyczeniu” ulegają konstrukcje gramatyczne – takie jak następstwo czasu – podskórnie odczuwamy, że coś tu nie gra, że niekoniecznie jest to dobra zmiana. Zwykle jednak zmiana zaobserwowana okazuje się nieodwracalna i już.

Gorzej, jeżeli tłumacz nieświadomie zapożyczy obce zwyczaje prowadzenia narracji lub normy typograficzne, a redaktor i korektor mu na to pozwolą.

Taką niefajną pożyczką jest czas teraźniejszy w narracji. Ostatnio w literaturze anglojęzycznej nastała na niego wielka moda. Najwyraźniej triumfuje też w literaturze skandynawskiej, o czym mogę mówić tylko na podstawie nielicznych spolszczonych książek, z którymi miałam do czynienia, nie wiem więc, czy zjawisko jest tam nowe, czy nie.

Czas teraźniejszy w narracji, jak zapewne wie każdy Polak choćby średnio otrzaskany z jakąkolwiek literaturą, jest zabójczy dla naszego języka. Z tej prostej przyczyny, że wyklucza użycie licznych czasowników, które w polszczyźnie w tym czasie nie występują – nie mają form teraźniejszych, dlatego że mają wyłącznie aspekt dokonany. Narracja prowadzona w teraźniejszości na dzień dobry MOCNO zubaża słownictwo. Nie użyjemy choćby takich czasowników, jak: powiedział, rzekł, odburknął, odparł, odmruknął, odwarknął, zająknął się, wymsknęło mu się i setek innych. Niektóre z nich może i mają aspekt niedokonany, ale przybierają w nim zupełnie inne znaczenie lub stają się nacechowane emocjonalnie albo stylistycznie. „Powiada”, „rzecze” odpadają w normalnym, neutralnym komentarzu do partii dialogowych.

Dlatego każdy szanujący się tłumacz czy redaktor powinien od razu poprosić wydawcę o pozwolenie na zmianę nieszczęsnego czasu teraźniejszego na przeszły. Redagując serię Klasa 1b, przetłumaczoną ze szwedzkiego, dostałam na to błogosławieństwo od wydawcy. Gdy jeszcze przed rozpoczęciem tłumaczenia Odwróconych zaproponowałam odejście od teraźniejszości, dostałam odpowiedź od Redakcji: „Jasne, my też nie cierpimy czasu teraźniejszego”. Przypuszczam, że inni wydawcy zareagowaliby podobnie, gdyby tłumacz wyszedł z odpowiednią inicjatywą.

Niestety, na półkach bibliotecznych znajduję sporo kulejącej stylistycznie literatury z narracją w czasie teraźniejszym, od skandynawskich kryminałów dla dorosłych po sympatyczną serię dla dzieci Biuro detektywistyczne Lassego i Mai, której lektura przyprawia mnie o zgrzytanie zębów.

(Oczywiście, czasami teraźniejsza narracja ma uzasadnienie, np. w trylogii rozpoczętej tomem Cela 7 mamy specyficzne końcowe odliczanie: najpierw dzień po dniu, potem godzina po godzinie, a wreszcie minuta po minucie – zamysł autorki pozostał nieruszony, ponieważ zabieg ten celowo wprowadza do fabuły nerwowość).

Zapożyczenia typograficzne mają korzenie w czasach hurakapitalizmu w naszym kraju, gdy wydawać książki każdy mógł (tak jak śpiewać każdy może), nawet ktoś, kto nie słyszał o zasadach zecerskich albo za bardzo nie ocierał się o rodzimą literaturę wyższych lotów. Pod koniec XX wieku pojawiły się na rynku spolszczone zachodnie pozycje z pochyleniami w roli emfatycznych podkreśleń, pochyleniami w roli odsyłaczy, z anglosaskimi cudzysłowami i innymi kwiatkami. Większość tych kwiatków wymarzła w naszym rześkim klimacie, zostały tylko te najbardziej odporne, u tych najbardziej odpornych na wiedzę wydawców.

Emfaza zaznaczana pochyleniem, jak w książkach anglojęzycznych, raczej się nie utrzymała, bo ludziska w końcu zauważyli, że od tego w naszej tradycji typograficznej jest rozstrzelenie, w dodatku InDesign fajnie sobie radzi z rozstrzeleniem zadanym w Wordzie – znacznie lepiej od starszych programów zecerskich. Ale za to rozstrzelenie bywa nadużywane przez nadgorliwych redaktorów. Wyjaśnijmy sobie: autor anglojęzyczny nie dysponuje takim wachlarzem środków emfazy jak piszący Polak. Jedyne, co może zrobić, by położyć nacisk na jakieś słowo, to je pochylić. Polak przede wszystkim korzysta z akcentu zdaniowego – tak zmienia szyk, by zaakcentowana rzecz znalazła się na samym początku lub na końcu zdania. Anglik czy Niemiec nie może tego zrobić, bo szyk zdania w językach germańskich jest święty, nie do ruszenia. Polak stosuje też inne środki, w tym leksykalne. „To ona wprowadziła tę zasadę”, „właśnie taki był wydźwięk jej wypowiedzi” – w tych zdaniach nie trzeba niczego rozstrzelać, i tak wiadomo, na co położono nacisk.

Dodajmy, że nadmiar emfazy to maniera typowa dla egzaltowanych pisarek – u niektórych Angielek i Amerykanek roi się od pochylonych słów, nawet jednoliterowych. A to niestety razi w prozie, która ma trafić do wyrobionych literacko polskich czytelniczek. Miło, kiedy redakcja z góry podpowiada, by w tłumaczeniu z tym nie przesadzać. Dzięki temu w Domku przy plaży i w Sercu z cierni jest o wiele, wiele mniej rozstrzeleń niż w oryginałach tych książek.

Wciąż pokutuje przeświadczenie, że skoro w oryginale są asteryski lub winietki (ozdobne przerywniki) w prozie, to mają być i u nas. Wypada uściślić: jeśli są w oryginale konsekwentnie stosowane zawsze w każdej przerwie śródrozdziałowej – okej, powinny być i w wersji polskiej. Często jednak typowym przerywnikiem w anglojęzycznej prozie jest wolna interlinia, a jeśli wypadnie na początku lub na końcu strony, kładzie się w niej gwiazdki lub winietę, żeby było jasne, że ta dziura jest zamierzona.

W naszej literaturze takiej swobody nie ma. Łamacze muszą się nakombinować, by wolna interlinia nie wypadła na samej górze ani na samym dole. (Jakby nie mieli dość gimnastyki związanej z unikaniem bękartów, szewców, wdów i sierot, a także pustawych stron szpicowych – no cóż, Polak lubi mieć pod górkę albo też twórcy polskich norm zecerskich to sadyści. Nota bene nasze normy, podobnie jak słowo „zecer”, wywodzą się z tradycji drukarstwa niemieckiego, nie anglosaskiego).

Zatem szczytem głupoty jest powielanie graficznego przerywnika z oryginału, jeśli ta wolna przestrzeń wypadła zwyczajnie gdzieś w środku strony. W całej powieści stosuje się wolną interlinię, a tu – ni stąd, ni zowąd – posadzono gwiazdki, bo tak było w oryginale. Równie dobrze można by zapisywać dialogi po brytyjsku, z anglosaskimi cudzysłowami zamiast z kreskami dialogowymi (które, nawiasem mówiąc, przyszły do nas z powieści francuskich). Wszak „tak było w oryginale”.

Podsumowując: rola tłumacza w dużym stopniu wykracza poza leksykę i gramatykę. Powinniśmy też wiedzieć, czym obca literatura różni się od naszej również w sferze wizualnej, i niepotrzebnie nie przenosić obcych wzorców na swoje podwórko. Żeby nie zostać mimowolnym przemytnikiem.