Nowa odsłona klasyki – ech…

Pod wpływem tłumaczonej właśnie powieści – której jedna z bohaterek jest fanką Sherlocka Holmesa – postanowiłam nadrobić swoje zaległości w holmesologii. Czyli poczytać opowiadania Arthura Conan Doyle’a, a tych za sprawą mojej córki jest na domowych półkach mnóstwo. Sięgnęłam po Wspomnienia Sherlocka Holmesa w nowym wydaniu: wydawnictwo Algo, Toruń 2013 (nie podam tłumacza, bo przyjęłam zasadę, że nie czepiam się ludzi po nazwisku, a mój dzisiejszy wpis będzie, niestety, czepialski). Czytało mi się fajnie przez kilka stron, dopóki nie zazgrzytało. Najpierw drobne błędy gramatyczne (mimo że oprócz redakcji książka miała trzy korektorki), a potem grubsze merytoryczne. I jeszcze inne, aż zrobiło się tego tak dużo, że swędzące palce same zabrały się do spisywania.

Kwiatki translatorskie

• Krawat – jest ważnym elementem pierwszego opowiadania i pojawia się kilka razy. Niestety, z oryginału wynika, że gość miał cravat, a więc fular (ach, ci wredni fałszywi przyjaciele!). Krawaty pod koniec XIX wieku były jeszcze nowinką, trudno przypuszczać, by emerytowany prowincjonalny dżokej nosił coś takiego. Zresztą hasło cravat wpisane w internetową wyszukiwarkę graficzną nie pozostawia złudzeń.

• „srebrny zegarek ze złotym łańcuchem” – zegarek był oczywiście ze złotą dewizką, czyli łańcuszkiem; potraktowanie dewizki jako łańcucha uważam za brak wyrobienia w realiach epoki.

• „pustą furgonetkę” – mamy XIX wiek, furgonetki zobaczymy na ulicach najwcześniej za 20 lat; angielskie słowo van oznacza również ‘furgon’ i w XIX wieku angielski van wyglądał tak samo jak nasz furgon (oraz hiszpańska furgoneta czy furgón) – był wozem dostawczym, na ogół z plandeką, zaprzężonym w konia lub konie.

• „w wąską ścieżkę o głębokich wykrotach” – pomijając już fakt, że „ścieżka” ta bywała wcześniej dróżką, skoro jechała nią „furgonetka”, należałoby się GŁĘBOKO zastanowić, jak głębokie mogą być wykroty (!) na ścieżce, by nie zatraciła ona funkcji ścieżki. W oryginale deeply rutted lane, a więc ‘dróżka o głębokich koleinach’. Nikt w redakcji nie wie, co to wykrot?

• „dżentelmena z pluszową torbą” – proszę wrzucić do wyszukiwarki graficznej „pluszowa torba” i wyobrazić sobie z czymś takim poważnego dżentelmena. Rzecz jasna, solidnych toreb nie robi się ani nigdy się nie robiło z pluszu. Trudno dociec, co twórcom polskiej wersji tekstu chodziło po głowie. W oryginale mamy carpet bag, czyli nieodłączny atrybut Mary Poppins. Słowniki angielsko-polskie, zamiast podać fajny polski odpowiednik, załatwiają sprawę opisowo: „mała torba podróżna z tkaniny przypominającej dywan” (diki.pl). No tak, ale jak coś takiego wsadzić w tekst opowiadania? Rosyjska Wikipedia podaje, że to po prostu sakwojaż. Bardzo trafnie. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, warto sobie przypomnieć, że drugi rozdział Moby Dicka nosi tytuł Carper bag, i znaleźć porządny przekład tej powieści. Znalazłam w przekładzie Bronisława Zielińskiego: Sakwa podróżna. Znakomite określenie.

• „wydłużyła mi się twarz” – to oczywiście kalka z angielskiego; seeing the length of my face tłumaczymy „widząc, jak mina mi zrzedła” (nie „twarz”, na Świętego Hieronima!).

• „Każdemu z nas dano strój marynarza, beczkę wody, dwie baryłki – jedną z różnymi narzędziami i jedną z biszkoptami” – w tym miejscu opowiadania jesteśmy na statku płynącym z Anglii do Australii, gdzieś u wybrzeży Afryki, gdzie grupa szczególnych pasażerów zostaje wsadzona do szalupy i powierzona falom. „Biszkopty” są w tym kontekście piramidalną bzdurą, świadczącą o tym, że tłumacz, widząc słowo biscuits, zadowolił się podpowiedzią fałszywego przyjaciela, a redaktor nie włączył u siebie opcji myślenia. Rzecz jasna, chodzi o suchary.

• „misji, którą podjął na rzecz Północy, w czasie wojny cywilnej” (błąd się powtarza dalej). Civil war to oczywiście ‘wojna domowa’, a nie „cywilna”; w dodatku mowa o Stanach Zjednoczonych, więc należy sięgnąć po nazwę uświęconą w historii: wojna secesyjna.

• „policzki psa tropiciela” – w oryginale bloodhound, czyli taka rasa, a nie jakiś sobie pies tropiciel; bloodhounda cechują szczególnie okazałe fafle i to o nie chodzi w tekście, a nie o policzki.

• „ulokował nas na dwóch luksusowych kanapach stojących po obu stronach kominka” – to chyba zbytek luksusu i pewna niewygoda sadzać gości na osobnych kanapach. Lounge w tym kontekście to wygodny fotel, lounge chair.

• „Zarezerwuję dla nas drugi wagon pierwszej klasy” – hojny ten Holmes. Czytelnik szybko się jednak połapie, że chodzi o przedział. Tłumaczka i reszta pań z ekipy nie połapały się i dalej też operują słowem „wagon”. Szkoda. Carriage to w Wielkiej Brytanii również ‘przedział w wagonie’, takie znaczenie podają angielskie słowniki.

• „zapalenie opon mózgowych” i „zapalenie mózgu” – zdarza się w różnych opowiadaniach i raczej na pewno nie chodzi o chorobę zakaźną o tej czy innej nazwie, ponieważ bohaterowie nagle tracą przytomność pod wpływem traumatycznych przeżyć, a nie stopniowo pogrążają się w chorobie. Brain fever występuje dość często w literaturze tamtych czasów i jest bardzo niejasnym, szerokim pojęciem, niekoniecznie dotyczącym akurat mózgu czy opon mózgowych. Gdyby na mnie padło, pewnie napisałabym, że bohater leży w malignie.

• Darjeeling, Punjab – te nazwy od niepamiętnych czasów mają polskie wersje: Dardżyling, Pendżab i wypadałoby nimi operować.

• „piękna brązowo-czerwona kreatura” — chodzi o mangustę, zapewne indyjską, ponieważ bohater wrócił z nią do Anglii z Indii. Wow. Piękna kreatura – tym określeniem chciałoby się nazwać to opowiadanie, zamiast „literaturą piękną”. Mamy tu dwa błędy translatorskie, w tym rzadkiej urody fałszywego przyjaciela tłumacza. Powinno być: piękne rudobrązowe stworzenie. Słowo „kreatura” jest zdecydowanie negatywnie nacechowane emocjonalnie, tymczasem narrator o tym zwierzęciu wyraża się z sympatią. Creature to po prostu ’stworzenie’. Red – o sierści ssaków i włosach ludzi nie mówimy „czerwone”, tylko „rude”, a mangusta indyjska nie jest łaciata, łącznik w określeniu jej koloru to kolejny błąd.

Kwiatki gramatyczne (Tych nie objaśniam, zakładając, że każdy w miarę sprawny użytkownik języka polskiego wie, co o co chodzi, albo znajdzie sobie daną sprawę w SPP.)

• „kwestie nadające jej absolutnie wyjątkowego charakteru”

• „to wszystko jest mniej istotne w porównaniu do pytania”

• „raczej opadł niż usiadł na krześle”

• „Niedługo po moim ożenku nabyłem praktykę…”

• „Możesz wierzyć mi, Watsonie” (akcent zdaniowy i logiczny pada na zaimek)

Kwiatki leksykalne

• „podejrzany o otrucie stajennego” – stajenny został w opowiadaniu jedynie otumaniony opium, a więc co najwyżej podtruty lub zatruty.

• „grubo przyciętego tytoniu” – tytoniu się nie przycina (to nie żywopłot ani nie włosy), tylko się go sieka, ewentualnie tnie, ale to już pachnie anglicyzmem.

• „Ta bestia nie ma białego włosia” – zauważa właściciel o swoim koniu. Koń jest zwyczajny, wyścigowy, nie żadna bestia (ang. beast to m.in. ‘zwierzę’, niekoniecznie ‘potwór’), a „włosie” w odniesieniu do srebrnej strzałki na czole to poważny brak znajomości wiedzy końskiej – koń ma w tym miejscu sierść, nie włosie.

• „podjąć środki”, „podjąć kroki” (często występujący błąd)

• „niskiego, ciemnego, dobrze ubranego mężczyznę” – po polsku „ciemny” w odniesieniu do człowieka nie dotyczy jego wyglądu, a ponieważ na tę postać patrzymy w opowiadaniu z pewnej odległości, zapewne powinno być „ciemnowłosego” bądź „smagłego”.

• „starego dworu królowej Anny” – z kontekstu nie wynika, jakoby akcja rozgrywała się we dworze należącym niegdyś do królowej Anny; zabrakło ważnego uściślenia „w stylu królowej Anny”.

• „wydrenowało wszystkie jego siły” – w tym kontekście drained out należałoby przetłumaczyć mniej fonetycznie, np. „wyczerpało”.

• „system nerwowy” (powtarza się) to oczywiście anglicyzm. Po polsku: układ nerwowy.

Kwiatki cudne

• Koń, który przez pół opowiadania nazywa się Srebrny Płomień i jest bohaterem tytułowym utworu, od połowy niespodziewanie nosi imię Silver Blaze. Z czymś podobnym spotkałam się ostatnio w świetnej skądinąd powieści dla dzieci Dziennik śledztwa Nancy Parker. Dzieci są oczywiście sprytne, połapią się (podobnie jak fani Holmesa); szkoda tylko, że redaktorki i korektorki nie dorównują im sprytem. Zmiana imienia w trakcie opracowywania tekstu wymaga elementarnego posłużenia się opcją CTR+H ewentualnie CTR+F.

• „Czy pamiętasz sprawę Uriaha i Batseby?” (sic). W kolejnym zdaniu Holmes powołuje się na kontekst biblijny, ale to nie pomogło twórcom polskiej wersji tekstu. Wcześniej – o zgrozo! – jest „gadanie o Davidzie”, „David czasami zbaczał z drogi cnoty” itp. Oczywiście chodzi o biblijnego króla Dawida oraz o Uriasza Hetytę i jego żonę Batszebę, względem których rzeczony król mocno zgrzeszył. No, wstyd tak się popisywać brakami w znajomości klasyki literatury, a przy okazji zdradzać, że się nie pojęło, o czym w tej wypowiedzi mówi Holmes i o czym traktuje całe opowiadanie pod tytułem Kaleka (w innym wydaniu i tłumaczeniu Garbus).

Jak uparta boja wypływa na wierzch pytanie, czy tłumaczenie klasyki od nowa nie jest przypadkiem pozbawione sensu. Oczywiście wydawcy mają swoje strategie i nikt im nie zabroni wzbogacić się o własną Anię z Zielonego Wzgórza czy o nowe tłumaczenie Małego księcia. Sama na zlecenie wydawców tłumaczyłam od nowa klasykę (Doktora Dolittle i Opowieść wigilijną). Na pewno uniknęłam przy tym niektórych potknięć moich poprzedników, a być może posadziłam własne kwiatki. Myślę, że problem zasygnalizowany Wspomnieniami Sherlocka Holmesa nie dotyczy wyłącznie ponownego tłumaczenia literatury klasycznej, ale tłumaczenia w ogóle. Mamy obecnie do dyspozycji wspaniałe narzędzia, o jakich nie śniło się tłumaczom pracującym w XX wieku. Często nawet nie potrzebujemy słownika – wrzucamy słowo w wyszukiwarkę internetową i obrazki od razu podpowiadają, o co chodzi w tekście. Mamy dostęp do nieprzeliczonych słowników dwujęzycznych (godne polecenia są zwłaszcza zasoby angielsko-hiszpańskie), do upublicznionych w sieci obcojęzycznych prac naukowych (korzystałam z kilku przy Opowieści wigilijnej). Jest więc szansa, że przetłumaczymy tekst wiernie, a jeśli dostaniemy na warsztat starą klasykę, że być może poprawimy to, z czym nie poradzili sobie nasi poprzednicy. Jeśli jednak zamiast wykorzystać szansę, mielibyśmy zlekceważyć źródła i narobić głupot, lepiej, żebyśmy nie brali się za coś, co nas przerasta.