Nowe, wspaniałe anglicyzmy

Kiedy ponad 20 lat temu zaczynałam pracę tłumacza i redaktora literackiego, Polska na gwałt potrzebowała tłumaczy, zwłaszcza tych znających język angielski. Było to oczywiście naturalne – do naszego kraju na nowo wkroczył kapitalizm, z otwartymi ramionami witaliśmy wszystko, co zechciało do nas przybyć z Zachodu, musiał nam więc ktoś coś niecoś przetłumaczyć. Rynek pracy wydawniczej był niesamowicie chłonny. Uznawano za tłumaczy ludzi, którzy gdzieś tam jakoś liznęli języka – niekoniecznie literackiego i niekoniecznie mieli pojęcie o przekładzie literackim czy wręcz o poprawnym własnym języku ojczystym. To w sumie można zrozumieć. Gorzej, że to samo dotyczyło innej grupy zawodowej w tej branży – redaktorów. Ludzie mający bladawe pojęcie o poprawności własnego języka i zerową świadomość tego, na co należy zwracać uwagę w przypadku niepoprawnych przekładów, nie byli w stanie wyłapać i poprawić typowo angielskich konstrukcji składniowych i szeroko otworzyli im bramy polskiego języka pisanego, w tym literackiego.

W latach 90. XX wieku półki księgarń zalała masa książek przetłumaczonych i zredagowanych na zasadzie „jak kto umie, jak komu wychodzi”. Pracując w lokalnych wydawnictwach jako redaktor literacki, walczyłam z wkradającymi się do polszczyzny niepotrzebnymi – jak byłam przekonana – a w każdym razie wówczas na pewno błędnymi anglicyzmami składniowymi. Teraz nadal walczę, ponieważ obce konstrukcje nie zostały jeszcze zalegalizowane w źródłach poprawnościowych, ale widzę, że jest to walka przegrana.

Najbardziej rzuca mi się w oczy (i uszy) angielskie następstwo czasów w narracji prowadzonej w czasie przeszłym. Po polsku mówiło się zawsze tak: „Widziałam, jak wchodzi do szkoły”, „Uważano, że jest pomysłowy” itp. Jeżeli obserwowana czynność działa się równocześnie z obserwowaniem, stosowało się czas teraźniejszy. W angielskim jest inaczej. Czynności odbywające się równocześnie wymagają użycia tego samego czasu, a więc i czasownik oznaczający obserwowanie, i oznaczający obserwowaną czynność są oba albo w czasie teraźniejszym, albo w przeszłym, albo w przyszłym.

Celowo dwa zdania wyżej napisałam „stosowało się”, bo ta prastara zasada w ciągu ostatnich 20 lat maszerowała w stronę grobu i wciąż zmierza w tym kierunku. Tłumacze, nawet wyrobieni i cieszący się sporym dorobkiem literackim (choć niekoniecznie kierunkowo wykształceni), bez obiekcji stosują angielskie następstwo czasów, a redaktorzy ich nie poprawiają. W ten sposób jest spolszczona saga przygód Percy’ego Jacksona i wszystkie inne przygodowe serie fantasy opublikowane przez tego samego wydawcę (oprócz tych przełożonych przez pana Polkowskiego). Tak samo spolszczono, skądinąd wspaniale przetłumaczoną z niemieckiego, trylogię snów Silver autorstwa Kerstin Gier (inny wydawca, inne miasto, tendencja językowa ta sama). Najwyraźniej „angielskie” następstwo czasów jest po prostu następstwem germańskim, o czym nie mam pojęcia, bo nie znam za dobrze niemieckiego. Tak czy inaczej zakradło się do polszczyzny i wygląda na to, że zadomowiło się w niej. Wspominam o tych seriach, ponieważ wychowało się na nich spore pokolenie dzieci i młodzieży. Ludzie wciąż się nimi zaczytują. Błędy, które tam nieświadomie przemycono, są przez młodych czytelników siłą rzeczy odbierane jako konstrukcje poprawne i tracą status błędu.

Zupełnie mnie zatkało ostatnio, kiedy znalazłam tę angielską/niemiecką konstrukcję czasową w książkach dla młodszego odbiorcy napisanych przez polską celebrytkę (a więc niemających nic wspólnego z angielskością czy niemieckością), wydanych przez bielskie wydawnictwo na P. Redaktorka pozostawiła liczne wypowiedzi typu: „zgodnie uważano, że dbał o szkołę i był sprawiedliwy” (w tym zdaniu chodzi o dyrektora szkoły, który wciąż jej dyrektoruje, nie jest wspominanym z przeszłości dawnym pracownikiem). Pani redaktor stwierdziła, że taka składnia jest okej. Najwyraźniej zmiana już się przyjęła i możliwe, że gdy wymrą tacy matuzalemowie jak ja, zostanie uznana za jedyną poprawną wersję.

Inna rzecz, że we wspomnianych książkach tata kupuje coś „swojej córce” (mimo że ma tylko jedną), bohaterka podaje coś „swojej mamie” (choć ma tylko jedną), a ten anglicyzm/germanizm póki co jest zawzięcie tępiony przez większość znanych mi praktykujących redaktorów (chodzi o niepotrzebny w polszczyźnie i przez to nieco rażący zaimek dzierżawczy). Więc nie wszystko, co się przyjęło w jednym czy drugim wydawnictwie, ma prawo bytu gdzie indziej.

No cóż, język żyje i jak gąbka chłonie to, co przepływa przez nasz kraj na fali dziejów. Zobaczymy, jakie nowe wspaniałe zapożyczenia przyjmą się w polszczyźnie w ciągu kolejnych 20 lat.