Nutria wędrowna

Od razu śpieszę poinformować, że bynajmniej nie odkryłam nowego gatunku ssaka. Chodzi mi o wędrówkę słowa, które ze Starego Świata wybrało się za ocean, po czym wróciło, mając już inne znaczenie.

Zacznę jednak od aligatora amerykańskiego. To oczywiście gad z rzędu krokodyli, występujący w Ameryce Północnej. Straszliwego aligatora pamiętają ci, którzy jako dzieci oglądali w latach 80. film familijny o chłopcu z krainy Bayou. I właśnie w tych stronach, u ujścia rzeki Missisipi, toczy się akcja książki, którą ostatnio tłumaczyła moja znajoma z hiszpańskiego. Autorka napisała, że żyją tam kajmany. Gdy tłumaczka dopytała, czy może zmienić nazwę gada na poprawną, dostała odpowiedź mniej więcej taką: „Tak, to są oczywiście aligatory, ale nazywają je kajmanami i tak proszę o nich pisać”. Zgłupiałyśmy tu, po polskiej stronie. Chwila poszukiwań i ustaliliśmy, że hiszpańskojęzyczni mieszkańcy delty Missisipi nazywają swoje aligatory kajmanami (caimán del río Misisipi), a Cajunowie nawet krokodylami (crocodril). I wszystko stało się jasne.

W Nowym Świecie niektóre zwierzęta (a może też rośliny?) otrzymały od europejskich osadników mylne nazwy. Północnoamerykańskiego bizona nazwali bawołem (am. ang. buffalo, hiszp. búfalo), bo przecież mieszkańcy Europy Zachodniej nie słyszeli o żubrze. (Żubry w XVIII wieku były już na wymarciu, nieliczne uchowały się jedynie w Puszczy Białowieskiej i na Kaukazie). Znaleźli dla oglądanego wielkiego zwierzęcia najlepszą nazwę ze swojego zasobu słów.

To samo zrobili z północnoamerykańskim jeleniem wapiti. Zobaczyli wielkie kopytne zwierzę z rozłożystym porożem (nic takiego nie znali z ojczystych stron, bo wapiti w Europie nie występuje i nigdy nie występował, a żyjący w Europie jeleń szlachetny jest nieco mniejszy) i pomyśleli: „łoś”. W ten sposób wapiti dostał w Ameryce nazwę elk, w Europie zarezerwowaną dla łosia (staronordycki elgr). A kiedy w Ameryce przyuważono prawdziwego łosia, trzeba go było jakoś ochrzcić i wówczas, na początku XVII wieku, zapożyczono słowo z języków algonkińskich. I tak oto łoś amerykański został nazwany moose, co Amerykanom zapewne w niczym nie przeszkadza, sieje jednak zamęt w Europie. Zdarzyło mi się wziąć do ręki polskojęzyczną kartonową książeczkę dla bardzo małych dzieci, zapoznającą najmłodszych ze zwierzętami. Okazały jeleń był podpisany „łoś”. Oczywiście, przetłumaczono z angielskiego, nie przejmując się tym, co naprawdę przedstawia obrazek. Zdarzyło mi się też pracować z pozyskiwaczem fotografii, który do encyklopedii mojego autorstwa zamiast jelenia wstawił łosia. Wydawca miał fajny system korekt autorskich, dzięki któremu można było coś takiego w porę wyłapać i poprawić. Przypuszczam, że niejeden Europejczyk wpadał w tę pułapkę.

Wróćmy do nutrii. Każdy wie, co to za zwierzę – duży gryzoń o pięknej sierści, wywodzący się z południowej części Ameryki Południowej, a do Europy i Ameryki Północnej zawleczony jako zwierzę hodowane niegdyś dla futra. Tyle że po hiszpańsku nutria to wydra. Wydra – ziemnowodny drapieżnik, którego różne gatunki występują na całym świecie z wyjątkiem Australii. Łatwo się domyślić, że hiszpańskojęzyczni kolonizatorzy natknęli się w Ameryce Południowej na zwierzęta, jakich nie było w Starym Świecie, a ponieważ nie byli obyci w tematach przyrodniczych, nadawali im nazwy, jakie im się skojarzyły. I tak ziemnowodny futrzak został nazwany nutria, ponieważ przypominał wydrę. Potem się oczywiście okazało, że wydrą nie jest i podobnie jak w przypadku amerykańskiego łosia sięgnięto po nazwę rodzimą, amerykańską: coipo lub coipú, wywodzącą się z języka mapudungun.

Jednak południowoamerykański gryzoń zdążył zaistnieć za morzami właśnie pod nazwą „nutria”. Tak jest nazywany w Ameryce Północnej, w Azji i Europie Wschodniej, a także we Włoszech (może dlatego, że „wydra” to po włosku lontra i słowo „nutria” z niczym tam się nie kojarzy). W Europie Zachodniej o nutrii mówi się „bagienny bóbr” albo „bobrowy szczur” (niem. Sumpfbiber, Biberratte, niderl. beverrat, szw. sumpbäver, port. ratão-do-banhado) lub jeszcze inaczej.

Słowo „nutria” nawędrowało się więc i po drodze stało się fałszywym przyjacielem tłumacza. Natknęłam się na nie ostatnio, tłumacząc z hiszpańskiego argentyńską powieść. Wiedząc, że to zwierzę pochodzi właśnie m.in. z Argentyny, o mało nie napisałam „nutria”. Na szczęście zapaliła mi diodka ostrzegawcza i mimo że tekst nie dawał wyraźnych wskazówek, doszłam do wniosku, że jednak chodzi o wydrę. Rzecz jasna, tłumacza obowiązują nazwy zrozumiałe dla odbiorcy, dlatego w powieści osadzonej w delcie Missisipi nie wsadzimy kajmanów, choćby autorka bardzo naciskała. Możemy co najwyżej na jej prośbę zaznaczyć, że miejscowa ludność nazywa aligatory kajmanami.

Źródła: wszystkie zamieszczone tu informacje zaczerpnęłam z Wikipedii.