Puryzm językowy jako chwyt erystyczny

Co to jest erystyka, mam nadzieję, każdy wie. Z racji moich pasji zawodowych interesuje mnie ostatni z opisanych przez Schopenhauera sposobów nieuczciwego argumentowania, czyli argumentum ad personam, a dokładniej pewna szczególna odmiana tego chwytu erystycznego, mianowicie wytykanie rozmówcy błędów językowych.

Niektórzy samozwańczy puryści językowi już tak mają, że maniakalnie poprawiają swoich rozmówców, przyprawiając ich o rozmaite, niekoniecznie miłe emocje. Rzecz jasna, owi puryści koniec końców osiągają tyle, że nikt nie ma ochoty otwierać przy nich ust. Nic to. Wszystko zniosą w imię swoistej, bo po swojemu pojmowanej MISJI.

Szczytem finezji zaś jest zrobienie ze swojego puryzmu oręża i posługiwanie się nim w niecnych celach erystycznych. Do perfekcji opanowała tę sztukę szeroko znana pani dziennikarz o niefortunnych inicjałach MO. Rzeczona dziennikarka w swojej karierze przeprowadziła – oceniam na oko, nie bez szczerego podziwu – tysiące wywiadów, głównie z politykami wszelakiego zorientowania i pochodzenia. (To ostatnie nie chlapnęło mi się niechcący, pochodzenie rozmówcy okazuje się bowiem istotnym elementem gry, gdy wytacza się do boju argumenta ad personam). W każdym wywiadzie przeprowadzonym przez panią MO, jakiego słuchałam, stanowczo, absolutnie autorytarnym tonem poprawiała ona swojego rozmówcę. Niewykluczone, że robiła to faktycznie w każdym wywiadzie.

Przy czym „poprawiała” należałoby od razu ująć w cudzysłów, ponieważ często najwyraźniej nie miała się do czego przyczepić (ludzie się w końcu pilnowali z całych sił) i bez wahania potępiała poprawne wersje leksykalne czy gramatyczne, w zamian lansując równie poprawne. Typowy przykład:

  • Rozmówca: …tymi dwoma kwestiami…
  • Pani MO: Dwiema, panie pośle, dwiema.

Ten i ów „pan poseł”, zawstydzony swym rzekomym dyletanctwem językowym, potulnie tulił uszy. Zbity z pantałyku, desperacko usiłował kontynuować swój wątek. Było mi tych ludzi żal, ponieważ pani MO z uciechą i pełną powagą zarazem nabijała ich w butelkę, sama siebie stawiając na piedestale strażniczki czystości mowy ojczystej. Choć oczywiście można by i po cichu pośmiać się z owych biedaków, skoro tak naiwnie dawali się nabijać w tę pseudopurystyczną butelkę.

Krew we mnie jednak zawrzała – i to nie raz – gdy pani MO, warszawianka na ucho i z metryki (ktoś, kto zna język polski z różnych stron świata, nie musi zaglądać do cv rozmówcy, żeby stwierdzić, gdzie ten człowiek się wychował), „poprawiała” poprawne południowe warianty leksykalne czy gramatyczne na rzecz swoich, warszawskich. Ludzie posługujący się południową, równie poprawną jak warszawska polszczyzną płonili się przed damą, która popisywała się ni mniej, ni więcej jak własną zaściankowością. Bo ktoś, kto się mieni strażnikiem czystości języka, a nie słyszał o różnych poprawnych wariantach, po prostu nie wychylał nigdy nosa poza swój płot i niestety, do słowników za często nie zaglądał.

Co jest złego w tym, że osłaniam się przed deszczem parasolką, a nie parasolem, że ostrzę nóż osełką, a nie ostrzałką, że grządki plewię, a nie pielę? Całe „zło” potępianych przez panią warszawiankę wariantów leksykalnych polega na tym, że nie używała ich w domu, więc wydają się jej niewłaściwe. Godne potępienia. Sęk w tym, że ta pani po prostu nie zna się zbyt dobrze na swoim języku ojczystym, a cała ta batalia o rzekomą czystość mowy to pic dla tych, którzy się dadzą nabrać.

No cóż, panią MO rozumiem, mimo że nie popieram jej praktyk. Każdy orze, jak może, a kto jak kto, ale politycy powinni być przeszkoleni w radzeniu sobie z erystycznymi pułapkami. Jeśli ktoś zamierza publicznie zabierać głos, w pierwszej kolejności powinien nauczyć się mówić poprawnie i nie dać się wkręcić.

Śmiech mnie ogarniał jednak, gdy spotykałam się z pochwałami wygłaszanymi w mediach na cześć poczynań tej pani. Pewien znany publicysta rozbroił mnie zupełnie swoim peanem na cześć krucjaty poprawnościowej prowadzonej przez panią MO. Trudno uwierzyć, że wykształcony kierunkowo gość, też dziennikarz, tak dał się z/u-wieść. Ha, sam sobie wystawił cenzurkę.

Zainteresowanych odesłałabym do podręczników savoir-vivre’u. W niejednym przeczytacie, że przerywanie rozmówcy, który nie dokończył wypowiedzi, poprawianie jego lapsusów językowych, pouczanie go w kwestiach wymowy jest równie niekulturalne jak publiczne zdejmowanie paprochów z jego kołnierza i obwieszczanie wszem i wobec, że powinien sobie sprawić szampon przeciwłupieżowy. Tak, kochani „puryści”, w takim zachowaniu nie ma ani krzty kultury, również kultury języka, której istotnym elementem jest przecież etyka, a nie erystyka.