Stare powieści, stare filmy

Jest tyle książek do przeczytania i wciąż ich przybywa. Człowiek uświadamia to sobie z niepokojem, kiedy z kolejnych targów książki przywozi bogate łupy, upycha je w biblioteczce i… załamuje ręce, bo na przeczytanie czeka już półtorej półki, a tu „mało casu, kruca bomba, mało casu”. Na targach oczywiście kupujemy nowości, tymczasem stare, napisane ponad sto lat temu powieści kurzą się w bibliotekach i nie śmią nawet prosić o miejsce w kolejce pod szyldem „Do przeczytania”.

Czemu ich nie czytamy? Bo tak dużo jest tych nowych, rozreklamowanych, traktujących o bieżących sprawach, wpisujących się w modne obecnie gatunki. A także dlatego, że te stare są napisane w archaiczny sposób. No, nie czarujmy się, ciężko jest przebrnąć dziś przez prozę Kraszewskiego czy nawet przez hity Sienkiewicza. Nie ten rytm, nie to tempo zdarzeń, nie te cięte dialogi, do których przyzwyczajają nas współczesne dzieła. Podobnie jest z filmami. Gdyby dzisiejszy widz chętnie sięgał po perły z kinematograficznego lamusa, nie kręcono by remake’ów Carrie, Na zachodzie bez zmian czy choćby jednych i drugich Siedmiu wspaniałych (wystarczyłby nam przydługi film Kurosawy o siedmiu samurajach).

No ba, ale my, ludzie z branży MUSIMY się zapoznawać ze starociami. Nie będziemy w stanie docenić wielu współczesnych obrazów ekranu, jeśli nie zauważymy, do czego nawiązuje ta czy inna scena, akcja, wymiana zdań. Majstersztykowe chwyty wielkich reżyserów umkną nam niczym perły świniom.

Dobra, ale po co się katować Kraszewskim, Dygasińskim, Orzeszkową? Po to, żeby korzystać z bogactwa ich języka. Języka, którym nikt już nie mówi, lecz jest z nim trochę jak z łaciną – należy go znać. Naszła mnie ta refleksja podczas tłumaczenia różnych powieści o akcji osadzonej właśnie w czasach minionych: czy to w XIX stuleciu, czy podczas ostatniej wojny, czy w latach 50. XX wieku. Tłumacz musi umieć nazwać stangreta, cyklistówkę, dorożkę, kamienicznika, błam, szapoklak, mantylkę, domokrążcę i setki innych rzeczy, które zniknęły z naszego świata, ale istnieją na kartach książek. I co gorsza, często nie ma ich w słownikach dwujęzycznych, bo te obecnie najlepsze, internetowe słowniki opracowywane są na potrzeby współczesnych użytkowników, nie byłoby sensu zapychać ich przestarzałymi hasłami.

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że w zachodnich językach często nie wymyślano nowych słów dla nowych przedmiotów, tylko podstawiano stare określenia. Po hiszpańsku samochód osobowy nazywa się tak samo jak powóz konny, szoferka – jak kozioł w tymże powozie. Po angielsku dyliżans = autokar. Kamienicznik = właściciel apartamentowca. Stąd już tylko krok do smutnych wpadek translatorskich, które można znaleźć w niejednym polskim przekładzie. Nie byłoby tego, gdyby tłumacze otrzaskali się nieco z rodzimą literaturą z danej epoki albo z polskimi starymi przekładami.

Wymarłe desygnaty to tylko jedna, rzeczownikowa, ścianka wielościennego klejnotu, jakim jest język literacki. Są jeszcze inne części mowy, a oprócz nich związki frazeologiczne. Słownik dwujęzyczny siłą rzeczy nie podaje wszystkich możliwych polskich odpowiedników każdego obcego czasownika, przymiotnika, przysłówka czy wyrażenia przyimkowego. Jeśli tłumacz rutyniarz czerpie tylko z dwujęzycznego słownika, zamiast szukać określeń we własnych zasobach leksykalnych, niepostrzeżenie zubaża swoje warsztatowe słownictwo.

Nie prowadziłam statystycznych badań naukowych („mało casu, kruca bomba”), ale po przeczytaniu kilkunastu czy kilkudziesięciu współczesnych przekładów anglojęzycznej beletrystyki odnoszę wrażenie, że w obecnej epoce mamy bardzo ubogą polszczyznę. Do znudzenia powtarzają się te same czasowniki, związki frazeologiczne, epitety. Właśnie te, które znajduję w słownikach dwujęzycznych. Obawiam się, że taka uboga leksykalnie literatura nie rozwija słownictwa u czytających młodych ludzi, a w konsekwencji faktycznie ogranicza ogólnopolski zasób słów. Szkoda, naprawdę szkoda. Tym bardziej, że winni – jeśli w ogóle chciałoby się ich szukać – w dużej mierze okażą się tłumacze, tak samo jak są winni zadomowienia się najrozmaitszych anglicyzmów (zob. tutaj, tutaj i tutaj).

Tylko kiedy mamy znaleźć czas na zapoznawanie się z szacownymi starociami, skoro na warsztacie piętrzy się już stosik książek do przetłumaczenia, a ich akcja toczy się (nietrudno zgadnąć) dawno temu? Nie mam pojęcia…

PS Z tegorocznych krakowskich targów przywiozłam nie tylko walizkę książek, lecz także sporo bezcennych wrażeń. Niepowtarzalne, pełne dobrej energii było spotkanie z idolem naszej rodziny Brandonem Mullem oraz jego doskonałym tłumaczem, panem Rafałem Lisowskim. Bardzo miło nam się rozmawiało z Panią z redakcji wydawnictwa Adamada. Pani z redakcji :Dwukropka wspaniale doradzała nam, co wybrać (wzięłybyśmy więcej książek, ale nasza walizka naprawdę ledwie się dopięła!). Dziękujemy Wam!