Sztuka tworzenia recenzji

Wysoka sztuka pisania recenzji niestety… umarła. Albo przynajmniej dogorywa. W dawniejszych czasach miewała się różnie, nie wszyscy krytycy literaccy czy filmowi wywiązywali się rzetelnie z użytkowego aspektu miniatury literackiej, jaką była recenzja (obecnie tworzy się recenzje również w oparciu o inne dostępne środki przekazu). Niektórzy zachłystywali się własnym pisarstwem i tworzyli błyskotliwe tekściki, zapominając o tym, że mieli poinformować odbiorcę, czy warto zainwestować czas i pieniądze w objerzenie danego filmu czy przeczytanie książki.

Obecnie zaś – odnoszę to wrażenie od dobrych kilku czy nawet kilkunastu lat – aspekt użytkowy króluje (i jest poważnie wypaczony), a walory literackie czy filmowe danego dzieła idą w kąt, ponieważ recenzenci nie potrafią ich dostrzec: nie analizują dzieła, nie szukają dla niego kontekstu ani kulturowego, ani z życia autora. I nie mam tu na myśli wypowiedzi typu: „Bardzo podobała mi się ta książka” czy „Zmarnowałem cenne dwie godziny życia na ten film”, ponieważ nie są to recenzje, tylko opinie. O użyteczności tego rodzaju opinii można by podyskutować, tu jednak wolę się trzymać recenzji, a raczej jej truchła.

W branży książkowej recenzję złożyli do grobu wydawcy. Zatrudniali i nadal zatrudniają „recenzentów” na prawo i lewo, często płacąc im wyłącznie w egzemplarzach recenzenckich. Ta zbójecka praktyka sprawiła, że namnożyło się ludzisków chętnych do czytania powieści za friko i to zwykle przedpremierowo, ale oczywiście za cenę wychwalania tychże powieści. No bo jeżeli nie pochwalę, to wydawca zerwie ze mną współpracę – taka zależność lojalnościowa jest oczywista. W ten sposób wszystkie nowości wydawnicze stały się doskonałymi, wartymi przeczytania dziełami, a forma literacka (i ostatnio również filmowa) zwana recenzją zlała się płynnie z tekstem marketingowym, aż w jego łonie umarła. Większość dzisiejszych „recenzji” to czysta reklama. Urocza w swojej nieudolności, ale o to przecież chodzi – nie ma jej pisać wykształcony kierunkowo ani doświadczony zawodowo copywriter, tylko naiwna czytelniczka (rzadziej czytelnik), która nawet jeśli ma wykształcenie humanistyczne, to się z nim nie afiszuje i nie próbuje doszukiwać się w recenzowanych powieściach wartości literackich, bynajmniej nie przemawia też językiem zdradzającym obycie w literaturze wysokich lotów.

Ostatnio z ciekawości śledzę w internecie recenzje książki Szymuna Wroczka Piter. Bitwa bliźniaków. Jestem tą niedużą porcją literatury zachwycona, choć rzecz jasna dostrzegam jej drobne mankamenty. Najlepszą recenzję do tej pory przeczytałam w Magicznym Świecie Książki, o tutaj. Ukłony dla Autorki za trafną charakterystykę Ubera. Zdecydowana większość pozostałych „recenzentów” nazwała go faszystą, za co czuję się zobowiązana osobiście skopać im tyłki (Uber, gdyby mógł wyjść z powieści, wyprułby im za to flaki). Naprawdę czytali tę niedługą książkę? Niektórzy nawet narzekają na jej skromną objętość, ale czy zauważyli, ile się w tej książczynie kryje smaczków?

Nikt nie wskazał na to, że Mika była już w tomie Piter. Wojna. Że już tam Uber miał na plecach ślady po wypalonych skrzydłach, że ktoś go tam nazwał aniołem. Jest tam nawet taki znaczący dialog:

„– Przypomniałem sobie, jak mnie raz nazwali aniołem. I co było potem.

– Potem? – Maks zadarł podbródek. – A co takiego?

Uber nagle przestał się śmiać. Na Lotnika patrzyły martwe jasnoniebieskie oczy.

– Wszystkich ich zabiłem.”

(W innym rozdziale sam siebie w amoku czy w napadzie poalkoholowej amnezji też nazywa aniołem).

Czy naprawdę w tomie trzecim mamy do czynienia z prequelem, jak szumnie twierdzą „recenzenci”? Widać przecież wyraźnie, że tekst z trzeciego tomu (albo przynajmniej jego koncepcja) istniał już wcześniej, tylko z jakiegoś powodu nie został opublikowany. Co więcej, gdyby szanowni „recenzenci” interesowali się choć trochę autorem i zajrzeli na jego fanpage, toby ten tekst wyczaili już dawno, bo Wroczek się z nim nie krył.

Co jeszcze? Na tymże fanpage’u podpowiedział, że w drugim tomie znajdziemy Iwana. Znalazł go ktoś z naszych „recenzentów”? Powiązał z tym Iwanem, którego widzimy w części trzeciej? Zauważył któryś, że zakończenie części trzeciej znacznie wybiega w przyszłość i zdradza nam de facto, jakie będą losy parszywej dwunastki Ubera?

Nie zauważyłam, żeby którykolwiek z „recenzentów” cokolwiek zauważył. Te powtórki są celowe, żeby czytelnik zauważył, że chodzi o uważność. Ta ostatnia jest deficytowym towarem w świecie dzisiejszych recenzji. Szanowni „recenzenci” odwalają książki jedną po drugiej jak rasowi stachanowcy. Żonglują słowami „prequel” i „spin-off”, a o terminach literackich, kiedy trzeba by się nimi posłużyć, nie mają pojęcia. Według ich nomenklatury Odyseja byłaby spin-offem Iliady. Zatem, wracając na grunt prozy Wroczka, pierwszy tom „Podziemnego bluesa” jest spin-offem czegoś większego, jeszcze nienapisanego. Ach, zaraz, zaraz, czy któryś z „recenzentów” zauważył, że cały pierwszy Piter to jedna wielka odyseja, a jej bohater to Odys? Nikt nie wskazał na rzucające się w oczy podobieństwo przygód Iwana i spółki z Odyseuszem i kumplami. Nie spostrzegł, że z „głupiej kradzieży” robi się wielka wojna, nie wypunktował przygód z Polifemem, z Lotofagami, z potworami, z Kalipso, nie dostrzegł wglądu w siedzibę bogów (ci siedzą w głębinie metra, nie na wysokości niebios, rzecz jasna)… Powrót Odysa do niewiernej Penelopy odnotowało nieśmiało może dwóch wypowiadających się publicznie czytelników. A skoro wszystko to dzieje się na tle wojny trojańskiej, ups… wegańskiej, to pewnie przedłużający się powrót Iwana do domu jest spin-offem czegoś wielkiego, tak?

A słyszeli szanowni „recenzenci” o czymś takim jak intertekstualność? Teksty Wroczka (i wielu innych współczesnych pisarzy rosyjskich) aż od niej kipią, i to na wielu poziomach. No, pewnie nie słyszeli, boby się może pochwalili swoimi odkryciami. Dawni recenzenci (a co tam: Recenzenci przez duże R) mieliby w tych powieściach eldorado i zapewne podzieliliby się swoimi spostrzeżeniami, sprawiając, że nasza lektura powieści byłaby pełniejsza, bogatsza. Bo że zwykły czytelnik wszystkiego nie dostrzeże, to przecież normalne. Kiedyś mieliśmy Recenzentów, którzy nam podpowiadali, na co zwrócić uwagę. Teraz mamy stachanowców.

To samo o intertekstualności i smaczkach można by powiedzieć w kontekście recenzji filmów. Czytając je, niekiedy odnoszę wrażenie, że reżyserzy rzucają perły przed… recenzentów. Ale to już osobna historia.