Taki podobny do polskiego… hiszpański

Kiedy nauczyłam się hiszpańskiego (trzeci język obcy, z którego tłumaczę pisemnie), byłam taka z siebie dumna, że pochwaliłam się tym swojej znajomej z Berlina. Osoba ta jest rodowitą Niemką z bardzo dawnymi korzeniami francuskimi, z wykształcenia slawistką i biegle włada licznymi językami obcymi, w tym polskim i rosyjskim. Hiszpańskiego (kastylijskiego) aż tak dobrze nie zna. I co od niej usłyszałam? Nie mam się czym chwalić, bo hiszpański jest tak podobny do polskiego, że to chyba oczywiste, że go przyswoiłam. Zatkało mnie. Po przemyśleniach i po przetłumaczeniu kilkunastu powieści z hiszpańskiego muszę jej jednak przyznać rację.

Hiszpański jest bardzo podobny do polskiego, ale by uświadomić sobie ten fakt, trzeba to przypuszczalnie usłyszeć od Niemca. Polakowi nieznającemu hiszpańskiego rzucają w się w oczy i uszy znajomo brzmiące zakończenia wielu rzeczowników: „-a” (rodzaj żeński) oraz „-ista” (rodzaj męski). Znajome będą też liczne słowa, które na Półwysep Iberyjski trafiły wraz z rzymskimi zdobywcami, ponieważ i my wiele czerpaliśmy z łaciny – bezpośrednio oraz za pośrednictwem francuskiego czy angielskiego. Jednak zapożyczenia z łaciny są wspólne dla całej Europy Zachodniej i Środkowej i o niczym nie przesądzają. Zakończenie rzeczowników (i innych imion) rodzaju żeńskiego na „-a”, wspólne dla języków słowiańskich i romańskich, jest przypuszczalnie bardzo stare – wywodzi się z czasów sprzed rozdzielenia się pradawnego pnia językowego (występuje również w sanskrycie), więc też nie można na tej podstawie głosić nadspodziewanego podobieństwa.

To samo dotyczy takich prastarych podobieństw, jak brzmienie zaimków osobowych (yo – ja, – ty, te – cię, nos – nas, nam, os – was, wam) i dzierżawczych (mi – mój, tu – twój) czy odmiany czasownika „być” (es – jest, son – są, estás – jesteś). Tego rodzaju podobieństwa znajdziemy i między polskim a łaciną, nie o nie nam teraz chodzi.

Niemiec w pierwszej kolejności zwróci nam uwagę na składnię. Jego język jest pozycyjny, poszczególne części zdania mają w tym zdaniu ściśle wyznaczone pozycje i nie mogą się zamieniać miejscami. A w hiszpańskim jest dość dowolnie – tak jak w językach słowiańskich. Hiszpanie mają taki akcent zdaniowy jak my: części, które są najważniejsze ze względu na sens, lądują na początku i na końcu zdania. Może to być podmiot, dopełnienie, przydawka… I tu nie ma już podobieństwa do łaciny. Każdy, kto się jej uczył, wie, że Lingua latina pulchra est – czasownik zazwyczaj na końcu i kropka. Ani w hiszpańskim, ani w polskim nikt tak nie pisze ani nie mówi.

Ważne zastrzeżenie: w zakresie składni hiszpański mocno różni się od polskiego (oraz od wielu języków europejskich) szykiem w obrębie grupy podmiotu. U nas większość przydawek stoi przed podmiotem, u nich zaś jest odwrotnie – określenia na ogół znajdują się za określanym rzeczownikiem. Tu widać wyraźny wpływ języka arabskiego, nie ma jednakże tego wpływu w zakresie składni całego zdania (arabski jest językiem pozycyjnym typu VSO, czyli: orzeczenie, podmiot, dopełnienie).

Idźmy dalej. Ucząc się niemieckiego, trafiamy na straszną przeszkodę w postaci osławionych rodzajników der, die, das. Dla Polaka niepojęte jest, czemu niemieckie rzeczowniki nie są „sensownie” (czyli zgodnie z polskim rozumieniem) przypisane do rodzajów gramatycznych. Natomiast gdy się uczymy hiszpańskiego, zupełnie nie mamy tego problemu – najwyraźniej przodkowie dzisiejszych Hiszpanów, którzy przyporządkowywali rzeczowniki do rodzajów gramatycznych, mieli „polski pomyślunek”.

O wspólnym pomyślunku świadczy też sposób formułowania niektórych zwykłych, codziennych myśli. Hiszpan, podobnie jak Polak, powie „mam x lat”, a nie jak Rosjanin „mnie x lat” czy jak Anglik „jestem x lat stary”. Hiszpan powie „boli mnie głowa” (me duele la cabeza), a nie jak Anglik „mam ból głowy” (I have a headache).

Miłym ukłonem Kastylijczyków w stronę Polaków i Rosjan jest spójnik y, czyli nasze i rosyjskie „i”. Tylko Katalończycy ukłonili się jeszcze niżej, bo u nich to się w dodatku pisze i – brzmienie, znaczenie i pisownia pokrywają się z naszymi. Nawet u naszych najbliższych sąsiadów zza miedzy ten spójnik brzmi inaczej, np. czeskie a i ukraińskie та [ta]. Konsekwentnie funkcjonuje w hiszpańskim również spójnik ni, o identycznym znaczeniu i tak samo często stosowany jak polskie „ani”, „ni” (zaprzeczenie spójnika „i”).

Ciekawym podobieństwem jest ruchomość zaimków osobowych w przypadkach zależnych: le, lo, os, nos, se. Ten ostatni nie bez powodu wydaje się swojski – w przekładzie często oddajemy go naszym zaimkiem zwrotnym „się”, który w gwarach brzmi „se”. Zaimki te hulają sobie po hiszpańskim zdaniu tak jak „się”, „go”, „jej”, „nas”, „was” po polskim. Se najczęściej w wypowiedziach znajduje się przed czasownikiem, którego dotyczy. W wersji sformalizowanej, słownikowej, se zawsze następuje po bezokoliczniku, w dodatku przylepione do niego jak w języku rosyjskim, np. quemar [kemar] – ‘oparzyć, sparzyć’, quemarse [kemarse] – ‘oparzyć się, sparzyć się’. Zgadza się: tak łatwo, „polskim sposobem”, można w hiszpańskim z czasownika w stronie czynnej zrobić czasownik w stronie zwrotnej. To naprawdę spore podobieństwo, docenią je zwłaszcza ci, którzy nauczyli się niemieckiego lub angielskiego i wiedzą, że strona zwrotna w tych językach właściwie nie istnieje. By się poprawnie wypowiadać po angielsku czy niemiecku, musimy się przerzucić na ichni sposób myślenia, nie ma więc szans na opisywanie jakiegokolwiek procesu w stronie zwrotnej. Anglik nawet nie „myje się”, tylko „myje siebie” (cleans himself).

No właśnie: strona zwrotna służy Hiszpanom, podobnie jak Polakom, do stwierdzenia, że coś zrobiło się samo: zepsuło się (romperse), zniszczyło się (destruirse), zapodziało się (traspapelarse), zużyło się (gastarse) itd. Dla nas i dla Hiszpanów to oczywiste, że coś stało się samo, że nie ma sprawców, nikogo nie można winić. Anglikom i Niemcom taki sposób postrzegania świata nie mieści się w głowie. Zawsze był przecież sprawca: jeśli coś jest zepsute (out of order), to znaczy, że ktoś to zepsuł; jeśli zapodziane (misplaced) – znaczy, że ktoś to zapodział; jeżeli zużyte (dead, spent) – ktoś to zużył. Owszem, często sprawca pozostaje nieznany, dlatego Anglicy tak ochoczo używają w wypowiedziach strony biernej. Niemniej w ich mniemaniu nic nie zrobiło się samo, a w pojęciu Hiszpanów i Polaków – jak najbardziej. Ich i nasz świat jest pełen samoistnie zachodzących procesów i dlatego oba te narody mówią o świecie, często posługując się stroną zwrotną czasowników.

Największym hitem zaś jest podwójne albo i potrójne zaprzeczenie – w hiszpańskim tak samo wszechobecne i normalne jak w językach słowiańskich. Dla Niemca czy Anglika (czy wreszcie łacinnika) tyle zaprzeczeń to nielogiczny horror. Hiszpan zaś z upodobaniem będzie mówił czy pisał No pasa nada („Nic się nie dzieje”, jak w tytule powieści) czy El tiempo jamás es cuidadoso con nadie („Czas z nikim nie obchodzi się łaskawie”, jak w pierwszym zdaniu powieści, którą właśnie tłumaczę). Tak samo jak Polak czy Rosjanin, Hiszpan będzie w swoje wypowiedzi wtykał kolejne wskaźniki zaprzeczenia: „Nikt nam nie zapewni niczego”, „Nigdy, przenigdy nie miałem nad tym żadnej kontroli”.

Spotkałam się z wypowiedziami „znawców” języków słowiańskich, którzy oznajmiali z niejaką dumą, że tylko Słowianie potrafią tak zapamiętale wkładać do jednego zdania wiele wskaźników zaprzeczenia. Ubawiłam się, bo żeby twierdzić „tylko”, trzeba znać coś więcej niż tylko własne podwórko. Ja na przykład nie mam pojęcia, czy to wyłącznie kastylijska maniera, czy przypadkiem nie jest wspólna dla całego Półwyspu Iberyjskiego bądź nawet wszystkich języków romańskich.

A skoro padło słowo „przypadkiem”, uważam, że tak wiele podobieństw, i to głównie takich świadczących o wspólnym sposobie myślenia bądź postrzegania rzeczywistości, nie znalazło się w naszych językach przypadkiem – mimo że języki te rozwijały się w tak gigantycznej odległości od siebie. Więc skąd się te podobieństwa wzięły?

Zapraszam tutaj.