Trochę kultury…

Tytuł może nieco mylący. Nie zamierzam w tej chwili utyskiwać na brak dobrego wychowania w narodzie ani na niekulturalne korzystanie z zasobu słownictwa. Nie. Dziś będzie o tym, że tłumacz biorący się za bary z literaturą osadzoną w kontekście jakiegoś istniejącego (niewysnutego z autorskiej fantazji) środowiska powinien liznąć choć trochę kultury tegoż środowiska. I nie chodzi mi tu o kulturę wysoką, choć zapewne obycie literackie jest bardzo ważne. W powieści rosyjskiej, którą ostatnio skończyłam tłumaczyć, było tyle kryptocytatów z Wołodii Wysockiego, Lwa i Aleksandra Tołstojów oraz Fiodora Dostojewskiego, że wciąż plącze mi się gdzieś z tyłu głowy niepokój – czy aby wszystko wyłapałam?

Tym razem jednak chcę zwrócić uwagę na kulturę niską, codzienną, a dokładniej – kulinarną. W ciągu ponad 20 lat pracy redakcyjnej (w charakterze redaktora literackiego i prowadzącego projekty) wiele razy spotkałam się z rozbrajającą niekompetencją osób tłumaczących literaturę brytyjską, zwłaszcza użytkową. „Dlaczego akurat cheddar?” – dziwiła się w komentarzu tłumaczka, nie wiedząc, że w pospolitym rozumieniu Anglika cheddar oznacza każdy ser żółty. „Dlaczego każą kupić seler, a potem się okazuje, że naciowy?” – pytała inna. Ba. W Anglii seler korzeniowy jest prawie w ogóle nieznany. Gdyby chodziło o niego, byłoby to zaznaczone. Jeśli napisano celery, należy zakładać, że chodzi o naciowy. Zresztą ten korzeniowy nosi nazwę celeriac i bywa kojarzony jako „seler z korzeniem jak u rzepy” (turnip-rooted celery).

W bardzo fajnej przygodowej opowieści dla dzieci Corby Flood i żegluga przez siedem mórz (autorstwa wspaniałego duetu pisarsko-ilustratorskiego: Paula Stewarda i Chrisa Riddela) ze zdumieniem przeczytałam, że bohater niechcący przydepnął „cukierek ślazowy” i podnosząc stopę, poczuł, że ma pod podeszwą coś lepkiego, ciągliwego. Książka – jak każda tych autorów – jest bogato ilustrowana. Na rysunku widać wyraźnie, jak się toto ciągnie pod butem. Na innym obrazku na torebce owych „cukierków” jak wół napisano marshmallows. Co jeszcze trzeba zrobić, żeby ktoś w polskiej redakcji wpadł na pomysł, że chodzi o cukrowe pianki? Może tłumaczka i redaktorka powinny pooglądać trochę kreskówek? Zapytać o tę przekąskę dzieci, które widziały w życiu nie tylko książki, lecz także filmy? Zajrzeć do sklepu ze słodyczami?

Owszem, w starych słownikach marshmallow to ‘prawoślaz’, ale pianek od dawna już się nie robi z prawoślazu. Cukierek ślazowy (i każdy inny, z wyjątkiem toffi) pod butem tylko by się skruszył, nie ciągnął jak guma do żucia. Dzieci w dzisiejszych czasach wiedzą, co to cukrowe pianki, nie trzeba sięgać po archaiczne określenia. (Cukierki ślazowe pamiętają zapewne miłośnicy powieści Dzieci z Bullerbyn – zajadał się nimi dziadek Olego). No i w on-linowych słownikach wyraźnie napisano, że to cukrowe pianki.

Jeśli słowniki zawodzą, nieocenioną pomocą służy poczciwy Gogel. W tej chwili tłumaczę powieść, której akcja toczy się na amerykańskim Południu. Obszar kulturowy za bardzo mi nie znany (specjalizuję się w kulturze Wielkiej Brytanii i Rosji). Bohaterowie jedzą na śniadanie biscuits and gravy. Co robię? Piszę, że wcinali herbatniki z sosem pieczeniowym? Jasne, że nie. Wrzucam hasło do Gogla i widzę, że chodzi o tradycyjne amerykańskie danie śniadaniowe. Szukam w Wikipedii i dowiaduję się, że biscuits to nie tylko ‘herbatniki’ albo ‘suchary’, lecz także pieczywo w rodzaju brytyjskich scones. Ewidentnie brakuje mi kultury – tej codziennej południowoamerykańskiej (np. dopiero niedawno dowiedziałam się, że oni tam mają nie tylko bankomaty typu drive-through, lecz także okienka bankowe drive-through z obsługą różnych transakcji). A skoro mi jej brakuje, to staram się ją uzupełnić, nie sadzę w tekście głupot.

Nawiasem mówiąc, słowo biscuits wywodzi się z łacińskiego biscoctus – ‘dwa razy gotowany/pieczony’ i faktycznie pasuje do techniki przyrządzania sucharów, herbatników czy biszkoptów (wł. biscotti). Biscuits z Południa Stanów Zjednoczonych zaczęły robić śniadaniową karierę podczas wojny secesyjnej, przy czym sporządzaniu takiego, a nie innego pieczywa sprzyjały gatunki pszenicy uprawianej właśnie na Południu.

Jak już jesteśmy przy zbożu, nazwijmy je po angielsku: corn. Aha, niektórzy z marszu tłumaczą to słowo jako ‘kukurydza’, tymczasem oznacza ono właśnie ‘zboże’. W kontekście amerykańskim tłumaczymy je jako ‘kukurydzę”, lecz w Anglii będzie to ‘pszenica’, Szkot powie w ten sposób o owsie, Irlandczyk zaś – najprawdopodobniej o życie. Zatem kontekst kulturowy staje się niezwykle istotny nawet przy tym popularnym słówku.

Dlatego, kochani, postarajcie się o odrobinę codziennej kultury. Nawet jeśli tłumaczycie „tylko” książkę kucharską lub „tylko” powieść dla dzieci.