Z jakich słowników korzystam?

Z dobrych, oczywiście. Czyli z takich, które uznałam za dobre. Ważne: są to słowniki on-line. Nad papierowymi mają tę gigantyczną przewagę, że korzysta się z nich błyskawicznie. Nie trzeba tego chyba wyjaśniać. Słowniki internetowe nie tylko usprawniły i przyśpieszyły pracę tłumacza, ale też niebywale podniosły jej jakość – o ile oczywiście tłumacz jest dociekliwy i faktycznie nie spocznie, dopóki nie znajdzie znaczenia słowa występującego np. tylko w odmianie języka hiszpańskiego używanej w Cono Sur albo związku wyrazów znanego wyłącznie w Dublinie.
Spośród słowników angielsko-polskich najlepiej mi pasuje www.diki.pl. Zawiera mnóstwo angielskich kolokacji i na ogół trafnie oddaje ich znaczenie po polsku. Nie jest wolny od błędów, ale jeśli zauważymy jakiegokolwiek rodzaju potknięcie, wystarczy zgłosić sugestię i opiekunowie serwisu natychmiast błąd poprawią. Co z tego mamy? Satysfakcję, że korzystamy z rozwijającej się skarbnicy słów i frazeologizmów. Nieustający rozwój to bodaj najistotniejsza cecha żywego języka, dlatego i słownik powinien mieć możliwość nieustannego rozwoju. Co mam z tego, że pobazgrałam swój stary papierowy słownik Stanisławskiego na prawo i lewo, próbując go poprawiać i uzupełniać? Tylko frustrację, bo raz, że trudno mi się w tych bazgrołach rozeznać, a dwa, że i tak nic nikomu z nich nie przyjdzie.
Niestety, nie mam takiego źródła hiszpańsko-polskiego ani rosyjsko-polskiego. Korzystam z nieocenionych hiszpańsko-angielskich zasobów Word Reference. Dwujęzyczne słowniki w tym serwisie podają wyjaśnienie każdego hasła w obu językach, co jest zdecydowanie lepsze od jednojęzycznych definicji słownikowych. A zasoby grup dyskusyjnych okazują doprawdy nieprzebrane, choćby dlatego, że są to najszerzej używane języki na świecie. Oczywiście, trzeba dobrze znać oba. Zdecydowanie nie polecam zasobów Word Reference w zakresie języka polskiego.
Fajne zasoby rosyjsko-angielskie ma Reverso. Ale już zasoby angielsko-polskie są wątpliwej jakości. Wśród przykładów faktycznych tłumaczeń, jakie podaje ten serwis, znajdziemy tyle samo trafnych przekładów idiomów ile dosłownych, nieszczęsnych kalek, wyciskających łzy z oczu jak cebula.
No i oczywiście tworzę sobie w Wordzie własne zasoby słownikowe. Są takie określenia angielskie i hiszpańskie, dla których wymyśliłam czy wynalazłam fajne polskie odpowiedniki, jakich nie uświadczymy w żadnym słowniku. A ponieważ głowa to jednak nie słownik, nie nadaje się do przechowywania wszystkich tych cudownych wynalazków. Lepiej je mieć zarchiwizowane w podręcznych wielostronicowych zapiskach. Spokojnie, nie umrą razem ze mną. Moje dzieci wiedzą, gdzie ich szukać.