Za dobre stopnie – książka (czyli zastanów się, szkoło)

Skończył się rok szkolny. Przez podstawówki i resztki gimnazjów przewaliły się ciężkie tony papieru, z reguły oprawionego w twarde okładki i dzielnie udającego wartościowe książki. Wiadomo: w żargonie wydawców, dystrybutorów i księgarzy NAGRODÓWKI. Ich producenci prześcigają się w wypuszczaniu coraz tańszego towaru, bo tylko ceną mogą rywalizować z konkurencją. Zawartość od dawna już się nie liczy, o czym doskonale wie każdy z branży.

Ale czy wiedzą nauczyciele? Bibliotekarze szkolni? Dyrektorzy? Przedstawiciele komitetów rodzicielskich vel rad rodziców, którzy przeznaczają na zakup tej wątpliwej nieraz literatury pieniądze z trudem wyciągnięte od rodziców? Tego jestem autentycznie ciekawa.

Doświadczenia moich dzieci ze szkolnymi nagrodami książkowymi są smutne. Córka w pierwszej klasie dostała opasłą ilustrowaną encyklopedię wszystkiego. Ładną. Ucieszyłam się razem z dzieckiem. Moja radość wyparowała jednak, gdy tylko zajrzałam do środka. Wydawca najwidoczniej nie słyszał o czymś takim jak przecinek ani w ogóle o etapie opracowania książki zwanym korektą. Na początku próbowałam skorygować dzieło, żeby dziecko czytało tekst choć odrobinę poprawny. Niestety, szybko się poddałam. Nie wiedząc, o czym jeszcze wydawca być może nie słyszał, zabroniłam córce korzystać z tej encyklopedii. (A co tam, dziś będę okrutna: wydawnictwo Arti).

Inny przykład. Kilka lat później syn wrócił z zakończenia szkoły z dwiema nagrodówkami. Podejrzana sprawa, bo nawet na jedną za bardzo nie zasłużył. Zaglądam do nich. „Czemu przyniosłeś książkę Jasia?” „Bo Jasiu ją właśnie ładował do kosza”. Aha. Jaś interesował się wtedy nade wszystko piłką nożną, a w nagrodę za bardzo dobre wyniki w nauce dostał banalne quizy historyczne wydane w szaroburej sepii. Uściślijmy. Jaś to porządny, kulturalny chłopiec. „Nagroda” go po prostu krańcowo zdołowała. Mój syn z kolei nie poważa książek, do swojej nagrody nawet nie zajrzał, ale stwierdził praktycznie, że książka w ulicznym koszu na śmieci tylko się zmarnuje; ostatecznie można ją oddać do skupu i zarobić na makulaturze. (Jasiu, jeżeli to czytasz, twoja nagroda po latach wciąż stoi u nas na półce – możesz po nią wpaść w każdej chwili i sam zarobić na tej makulaturze).

Inny koniec roku szkolnego. Córka przychodzi z gustownym albumikiem. Fajna rzecz, szkoda tylko, że już taką mamy, bośmy ją sami zmajstrowali dla tego wydawcy. Ktoś, kto przydzielał dziecku nagrodę, nie pomyślał, by spojrzeć na stopkę redakcyjną, choć doskonale wiedział, czym się zajmują rodzice. Dziecko, zamiast się cieszyć, wzruszyło ramionami.

No właśnie – nie pomyślał. Czy ktoś myśli, wybierając dla ucznia nagrodę? Czy ktoś zagląda do nagrodówki, zanim ją kupi? Nie wszystkie tanie książki są do bani. Moje tomiki z serii Jak to działa? też zostały przerobione na nagrodówki i choć okrojone z niektórych rozdziałów, są całkiem okej. Quizy historyczne, którymi pogardził Jaś, napisał mój znajomy i zrobił to dobrze. Może trzeba je było sprezentować jakiemuś o dwa, trzy lata młodszemu fanowi historii, a Jasiowi kupić coś innego. Wszak wychowawcy wiedzą co nieco o swoich uczniach. Poloniści potrafią stwierdzić, że coś jest nie tak, jeżeli w encyklopedii masowo brakuje przecinków.

Drodzy Belfrzy! Wciskając dzieciom na odczepne gnioty lub nietrafione książczyny, nie tylko siejecie frustrację i zniechęcacie młodych ludzi do idei książki w ogóle, lecz także wystawiacie sobie w ich oczach nieładną ocenę. Naprawdę tak chcecie się zapisać w ich pamięci?

 

PS Postanowiłam zakończyć ten pełen użalania tekst optymistycznie. Otóż na przeciwległym brzegu edukacji podstawowo-gimnazjalnej moją córkę spotkało coś naprawdę miłego. Pani polonistka i pani bibliotekarka z gimnazjum zaprosiły ją, żeby sobie wybrała nagrodę spośród ciekawych pozycji beletrystycznych, które zakupiły, a ponadto doradziły młodej czytelniczce, czego się można po każdej z tych powieści spodziewać. I nie jest to w tej szkole odosobniona praktyka. Polecam jako wzór do naśladowania.